Bronię Karty Nauczyciela

opublikowano: 26 lutego 2014
Bronię Karty Nauczyciela lupa lupa

Od ponad 20 lat słyszę, że likwidacja Karty Nauczyciela to test na reformatorskie skłonności kolejnych rządów. I coraz mniej się z tym zgadzam. Teraz występuje z tym nowa minister Joanna Kluzik-Rostkowska, od razu zastrzegając, że jej skasowanie przed wyborami jej mało prawdopodobne. Dla Kluzik-Rostowskiej temat ten to okazja do medialnego zaistnienia bez żadnych konkluzji, typowe gonienie króliczka.

Rzeczywiście wątpliwe aby PO chciała rzucać rękawicę wciąż sporej grupie, która na ogół głosuje i ma spore zdolności wzajemnego indukowania się opiniami, zwłaszcza politycznymi. Ale na wypadek gdyby obecna ekipa chciała rozpętywać antynauczycielski populizm na większą skalę, od razu mówię: nie zgadzam się.
Trudno, bronię PRL-owskiego aktu prawnego z 1982 roku, jestem antyrynkowym konserwatystą. Tak naprawdę całą debatę uważam zwłaszcza dzisiaj za absurd. Nowa minister powtarza frazes, że nie można zwolnić złych nauczycieli, a nagrodzić dodatkowo lepszych. Nie jest to prawdą, związki zawodowe nauczycieli przypominały to setki razy, że w tą ustawę nie jest wpisany mechanizm dorzucania tym lepszym do pensji. Możliwe, że jest on niewystarczający.
Jeśli nieco większe rozwarstwienie dochodów nauczycieli pod kątem ich osiągnięć da się spowodować zmianami tej ustawy, zmieniajmy. Ale od razu powiem: nie będzie łatwo. Bo sukcesy i porażki nauczycieli nie zależą tylko od ich determinacji i pracy. Także od tego, jaki materiał ludzki im się dostaje. Wychowawca olimpijczyków w bardzo dobrej szkole lub klasie może wkładać mniej pracy niż ktoś, kto w klasie słabej będzie tak naprawdę kształtował umysły dwójki, trójki dzieci zaniedbanych, choć zdolnych.
Istotą Karty Nauczyciela jest utrudnienie usunięcia nauczyciela. Być może w latach 90., kiedy szkoły roiły się od pedagogów odziedziczonych po PRL, blokowało to w szkołach zmiany. Choć wśród nich także było, wbrew stereotypom wielu ludzi oddanych uczniom i powołaniu. Dzisiaj zdecydowana większość tamtej starej kadry jest już na emeryturach. Szkoły zaludniają ludzie, którzy wybrali edukację w czasach III RP, często w poczuciu misji. Wielu z nich zostało zwolnionych w ostatnich latach, kiedy szkoły odchudzano z powodu niżu demograficznego. Nie mamy dziś w polskiej edukacji problemu nierobów i nieuków, w każdym razie nie na masową skalę.
Jakie są argumenty na rzecz większej stabilizacji zatrudnienia w szkolnictwie. Sformułował je całkiem niedawno wyjątkowo światły, umiarkowanie lewicowy komentator, goszczący na łamach „Gazety Wyborczej”. Napisał, że zwłaszcza w dzisiejszych czasach utrudnienia w zwalnianiu to gwarancja nauczycielskiej niezależności. A nauczyciel powinien być zabezpieczony – przed fanaberiami rodziców i samych uczniów. On nie zawsze musi i może być popularny. Efekty jego pracy widać nieraz po latach.
Naturalnie nie może być bezkarny, ale gwarantuję, że i dziś nie jest. Last but not east potrzebne jest też minimum niezależności nauczycieli wobec władzy – tej gminnej i tej centralnej. Tylko pod takim warunkiem ma szansę stać się czasem dla młodych ludzi mistrzem.Wydumanym jest też dzisiaj – pisałem o tym nieraz – problem niskiego pensum (18 godzin plus 2). Dziś klas jest w szkołach coraz mniej, a nie coraz więcej, z powodu przywoływanego już niżu. W dodatku korzystając z sytuacji samorządy jeszcze pomniejszają liczbę klas w celach oszczędnościowych, a osiągają to zagęszczając liczbę uczniów w klasie. To wszystko już prowadzi do oszczędności.
Jeśli teraz na dokładkę monstrualnie zwiększymy obciążenie godzinowe nauczycieli, w niektórych szkołach pierwszy nauczyciel przedmiotu nie będzie miał pełnego etatu. Czy tego chcemy? Zresztą wypychanie coraz większej liczby nauczycieli na bezrobocie nie jest żadnym przejawem gospodarności narodu. Ktoś w końcu łożył przez lata na ich wykształcenie i dokształcanie. Ich umiejętności i doświadczenie mają się teraz zmarnować? Chętnie poznam sensowne kontrargumenty, ale to co się w tej chwili na ten temat pisze jest rytualną proreformatorską nowomową, wygłaszaną przez ludzi nie mających o polskiej szkole większego pojęcia.
Owszem można zwiększyć nauczycielom pensum, jeśli zmienimy całkowicie system organizacji szkoły: wprowadzimy popołudniowe odrabianie w niej lekcji i dodatkowe zajęcia opłacane z publicznej kasy. Ale praca szkoły popołudniu wymagałaby zmiany nawyków całego społeczeństwa. Nie czuję przychylnego klimatu wokół tego aby dzieci wracały do rodzicielskiego domu pod wieczór, co jest standardem choćby w szkole anglosaskiej.
Z kolei sensowna idea dodatkowych zajęć rozbije się o węża w kieszeni urzędników. Już widzę, jak płacą oni za zajęcia z dwoma uczniami. A przy niżu demograficznym byłoby to coraz częstsze. To mogłoby prowadzić do na poły indywidualnego toku nauczania, ale powiadam, władze wszystkich szczebli z tego się akurat wykręcą. Będą wyrzucać kolejnych nauczycieli z pracy, ale nie organizować młodym ludziom lepsze warunki nauczania. Fakt, że dyskutuje się o jednym wycinku systemu edukacyjnego, a nie o wszystkim łącznie, to w Polsce reguła. Dlatego mówię raz jeszcze: wolę aby w dziedzinie uprawnień nauczycieli było tak jak jest. A skakanie po Karcie Nauczyciela uważam za czystą demagogię.

Piotr Zaremba



 

Zaloguj się, by uzyskać dostęp do unikatowych treści oraz cotygodniowego newslettera z informacjami na temat najnowszego wydania

Zarejestruj się | Zapomniałem hasła