"Czarny Czwartek" najlepszy film historyczny po 1989 r.

opublikowano: 20 listopada 2013
"Czarny Czwartek" najlepszy film historyczny po 1989 r. lupa lupa

Z prof. Jerzym Eislerem, historykiem, dyrektorem oddziału IPN w Warszawie, autorem licznych opracowań na temat Grudnia 1970 r., konsultantem merytorycznym filmu „Czarny Czwartek” w reżyserii Antoniego Krauzego, rozmawia Agnieszka Żurek

Bezpośrednią przyczyną strajków i manifestacji, jakie miały miejsce w grudniu 1970 r., była podwyżka cen żywności zafundowana społeczeństwu przez władzę jedenaście dni przed świętami Bożego Narodzenia. To była bezmyślność czy prowokacja?

Rzeczywiście, istniała hipoteza, że chciano się wtedy za sprawą prowokacji pozbyć Władysława Gomułki, który rządził już od czternastu lat. Hipoteza, iż Grudzień 1970 r. był wynikiem przeprowadzenia prowokacji, mówiła, że skoro nie można było usunąć Gomułki podczas zjazdu partii, należało doprowadzić do zamieszek ulicznych. Jednak coraz częściej zaczynam dostrzegać, iż w historii sporą rolę odgrywa chaos, przypadek czy bezmyślność. Człowiekiem, który zasugerował podwyżkę cen w tak niefortunnym momencie, był premier Józef Cyrankiewicz – najsprawniejszy intelektualnie członek ówczesnego Biura Politycznego PZPR. Skąd taki pomysł? Było to krótko po podpisaniu układu pomiędzy PRL a RFN, w myśl którego Niemcy Zachodnie uznały granice na Odrze i Nysie Łużyckiej. Trzeba jednak bardzo wyraźnie powiedzieć, iż nie był to wyłącznie sukces polskich komunistów ani sukces PRL. Był to sukces Polski. Tutaj zwyczajnie interes władzy komunistycznej zbiegał się z interesem Polaków. Cyrankiewicz uważał, że Polska odniosła wtedy tak ogromny sukces na arenie międzynarodowej, iż społeczeństwo będzie nim tak uszczęśliwione, że łatwiej zniesie gorycz podwyżki cen żywności. Taki pomysł łączy się w moim przekonaniu z pewnym oderwaniem od polskiej tradycji narodowej. Nawet jeśli ktoś jest ateistą, to jednak musi mieć świadomość, że w polskiej tradycji Boże Narodzenie jest szczególnym, rodzinnym świętem, co wiąże się także z tym, iż je się wtedy więcej i spożywa lepsze, a przez to zwykle droższe potrawy świąteczne. Takie są fakty, a polityk nie powinien z faktami dyskutować. Tymczasem nie wziął ich po uwagę.

Rozpoczęły się protesty, doszło do walk ulicznych i brutalnej pacyfikacji manifestantów. To, co stało się w Gdyni w nocy z 16 na 17 grudnia, wykracza jednak poza wszelkie ramy – przedstawiciele aparatu władzy otworzyli wtedy ogień do bezbronnych ludzi zdążających rano do pracy.

W odniesieniu do Gdańska, Szczecina i Elbląga staram się nie używać słowa „masakra”, ponieważ były to walki uliczne. Manifestujący używali butelek z benzyną i kamieni, przedstawiciele władzy natomiast – wozów opancerzonych i broni palnej. Nie twierdzę oczywiście, że siły były tutaj zrównoważone, niemniej walki były obustronne. W Gdyni natomiast mieliśmy do czynienia z czystą masakrą. Bezbronni ludzie szli do pracy. Nie była to wroga manifestacja. Zostali natomiast ostrzelani.

Kto ponosi za to odpowiedzialność?

We wszystkich znanych mi raportach milicyjnych, wojskowych i partyjnych czytam niezmiennie: „Po wezwaniu przez megafony do rozejścia się oddano strzały ostrzegawcze w górę, strzały w bruk, strzały ślepą amunicją”. Nigdy nie udało mi się trafić na zdanie mówiące o tym, że oddano strzały w tłum. Jeżeli zatem nie strzelano do ludzi, to jak to się stało, że na Wybrzeżu w ciągu kilku dni zginęło 45 osób, a dalszych kilkaset odniosło rany postrzałowe? Czy stało się to od ślepej amunicji? Czy może od strzelania w górę? Te raporty nie miały oczywiście służyć opisaniu prawdy. Ich zadaniem było chronienie rządzących i niewskazywanie żadnych konkretnych osób. Proces w tej sprawie toczy się od kilkunastu lat. Doszło do tego, że na ławie oskarżonych pozostali już tylko ci, którzy byli wtedy bezpośrednio na ulicy, dowodzili kompaniami czy batalionami. Ci natomiast, którzy bezpośrednio o tym wszystkim decydowali, może z wyjątkiem Stanisława Kociołka, od dawna nie żyją. W myśl starej zasady „Im więcej władzy, tym więcej odpowiedzialności”, odpowiedzialni za masakrę grudniową to przede wszystkim Władysław Gomułka, premier Józef Cyrankiewicz, przewodniczący Rady Państwa Marian Spychalski.

Żaden z nich nie poniósł konsekwencji?

Nie.

W filmie „Czarny Czwartek” umieszczono przejmującą scenę nocnego pogrzebu jednej z ofiar Grudnia. Nocne pogrzeby były wtedy normą?

Tak, pogrzeby poległych odbywały się ok. godz. 22 czy 23 i uczestniczyć mogło w nich jedynie kilka osób z najbliższej rodziny.

Przedstawiciele władzy bardzo się starali zatrzeć wszelką pamięć o Grudniu 1970 r. Walka o pomnik poświęcony ofiarom trwała dziesięć lat.

To był postulat jeszcze przedsolidarnościowy. Stawiali go stoczniowcy strajkujący w Sierpniu 1980 r., wcześniej walczyły o to organizacje opozycyjne – Komitet Obrony Robotników, Wolne Związki Zawodowe, Ruch Młodej Polski. Lech Wałęsa podczas uroczystości w grudniu 1979 r. powiedział, że pomnik poległych stoczniowców stanie za rok, a jeśli tak się nie stanie, to każdy ma za rok przynieść kamień, aby w ten sposób usypać kopiec upamiętniający poległych. Po podpisaniu Porozumień Sierpniowych władze wyraziły jednak zgodę na postawienie pomników – zarówno wielkiego pomnika w Gdańsku, jak i mniejszego w Gdyni. Wyrażono także zgodę na odsłonięcie tablicy pamiątkowej w Szczecinie.

Grudzień 1970 r. był dla ludzi „Solidarności” stałym punktem odniesienia, elementem budującym tożsamość tego ruchu społecznego?

„Solidarność” szukała swoich korzeni w zrywach społecznych i niepodległościowych – począwszy od Czerwca 1956 r., aż po Czerwiec 1976 r. Zwieńczeniem były strajki, które nastąpiły latem 1980 r. Te odniesienia budowały tożsamość związkowców, a zarazem stanowiły one manifest potrzeby odkrywania „białych plam” w naszej najnowszej historii, czyli przywoływania tych fragmentów dziejów, które próbowano z naszej historii wymazać.

Chodziło zatem o przywracanie sprawiedliwości?

Tak, chodziło o przywracanie sprawiedliwości. Był to manifest niezgody na to, żeby pewne fakty wymazywać z naszej historii i udawać, że wszystko jest w porządku. Można tak robić, ale to nie jest w porządku.

Niebagatelną rolę w przywracaniu pamięci o Grudniu 1970 r. odegrał – i nadal odgrywa – film „Czarny Czwartek” wyreżyserowany przez Antoniego Krauzego. Wielu młodym ludziom otworzył on oczy na to, czym tak naprawdę była PRL.

Myślę, że „Czarny Czwartek” to najlepszy polski film historyczny, jaki powstał po 1989 r. Wyróżnia się tym, iż jego twórcy zaufali historii. Wielu reżyserów ma tendencję do ubarwiania rzeczywistości. Tymczasem to, co wydarzyło się w grudniu 1970 r., jest tak potworną historią, że nie trzeba niczego do niej dodawać, wystarczy ją opowiedzieć. Prawda jest najciekawsza i najstraszliwsza. Antoni Krauze dochował wierności prawdzie. W filmie „Czarny Czwartek” każde zdanie wypowiadane przez postaci historyczne ma swoje odniesienie do dokumentów bądź relacji świadków. Dotyczy to także sceny z „dobrym zomowcem” – tę historię opowiedziała Stefania Drywa, żona głównego bohatera filmu. Antoni Krauze zaufał paradokumentalnej formule. Udokumentowana historycznie jest ­również scena katowania młodych ludzi w gmachu ­Prezydium Miejskiej Rady Narodowej w Gdyni. W tym samym budynku dwa dni wcześniej doszło do podpisania pierwszego w historii PRL porozumienia pomiędzy strajkującymi robotnikami a przedstawicielami władzy. W swojej książce o Grudniu 1970 r. napisałem z całą odpowiedzialnością, że bestialstwo, do którego 17 grudnia dochodziło w tej katowni, było w pełni porównywalne z okrucieństwem gestapo, NKWD czy działaniami bezpieki z przełomu lat 40. i 50. Opisy tego, co działo się w tym budynku, czyta się naprawdę trudno. Kiedy oglądałem „Czarny Czwartek” na pokazie przedpremierowym w Gdyni 16 grudnia 2010 r., jedną z osób obecnych na sali był Wiesław Kasprzycki, którego tragiczna historia została w obrazie pokazana. Ten człowiek był wtedy młodym chłopakiem. Skatowano go tak, że został inwalidą na całe życie. Przeżył śmierć kliniczną. Znajomy lekarz znalazł go między zwłokami, uratował mu życie. Leczenie trwało blisko rok, ale już na zawsze pozostał człowiekiem niepełnosprawnym. W filmie Antoniego Krauzego widzimy także scenę, w której koło peronu jeden z bohaterów dostaje w plecy serię z karabinu maszynowego. Po projekcji podszedłem do Adama Gotnera i zapytałem: „Panie Adamie, to był pan?”. Odpowiedział: „Tak”. Ten człowiek żyje wprawdzie do dziś, lecz ta tragedia pozostawiła w nim niezatarte ślady. Nie jesteśmy przecież jako ludzie „zaprojektowani” na strzelanie do nas.

Dziękuję za rozmowę.

Film dostępny z częścią nakładu miesięcznika wSieci Historii

od 21 listopada 2013 r.



 

Zaloguj się, by uzyskać dostęp do unikatowych treści oraz cotygodniowego newslettera z informacjami na temat najnowszego wydania

Zarejestruj się | Zapomniałem hasła