Dla dobra dzieci

opublikowano: 1 lutego 2014

Elbanowscy grają dziećmi - twierdzi Dominika Wielowieyska na portalu swojej gazety. Moim zdaniem państwo Elbanowscy nie grają, a walczą i nie dziećmi, a o dzieci. Dzieci, którym źle przygotowana reforma może zrobić po prostu krzywdę.

Karolina i Tomasz Elbanowscy, inicjatorzy akcji Ratuj Maluchy, namawiają rodziców, aby walczyli o odroczenie obowiązku szkolnego dla swoich sześcioletnich dzieci - pisze pani Dominika.

Pani Redaktor, oni nie namawiają wszystkich rodziców, by masowo odraczali edukację dzieci. Przyjęli do wiadomości, że Sejm odebrał rodzicom prawo do wyrażenia zdania w tej sprawie w referendum. Namawiają jednak tych rodziców, którzy są przekonani, że ich sześciolatki mogą mieć większy problem z rozpoczęciem wcześniejszej edukacji niż rówieśnicy, by nie rezygnowali oni z walki o własne dzieci. To dlatego, że Elbanowscy, współpracujący z nimi eksperci i rodzice wychodzą z założenia, że to rodzice są w stanie najlepiej ocenić możliwości dziecka oraz przygotowanie szkół na przyjęcie maluchów.
Rodzice mają prawo zasięgnąć rady specjalistów, czy ich dziecko jest gotowe do nauki w pierwszej klasie, i starać się o zgodę na to, by dzieci poszły do szkoły dopiero w wieku siedmiu lat. W głębi duszy ja tych sceptycznych rodziców usiłujących zatrzymać dzieci w przedszkolu lub w domu jakoś rozumiem. Moi synowie poszli do szkoły w wieku sześciu lat, teraz są w drugiej klasie. Od półtora roku muszę sporo z nimi pracować, przypominać im, kombinować, jak uatrakcyjnić odrabianie lekcji, jak zrobić z tego rodzaj zabawy. A i tak z tymi pracami domowymi nie zawsze się wyrabiamy (przepraszam za to naszą panią)
- pisze Wielowieyska.
Właśnie, Pani Redaktor. Skoro jest tak, jak Pani pisze, że Pani synkom jest ciężej z nauką, to może sensowny był system obowiązujący do tej pory? Młodsze dzieci, sześciolatki potrzebują więcej ruchu, także po to, by przejść etap przygotowania do nauki pisania. Może skoro do tej pory o tym czy sześciolatek może pójść do szkoły, decydowała poradnia psychologiczno-pedagogiczna, to błędem jest ustawowe zagwarantowanie szkolnej gotowości sześciolatków? Jednocześnie MEN nie przygotował jasnych wytycznych określających, jakie warunki powinna spełnić szkoła, by można było powiedzieć, że jest gotowa na przyjęcie maluchów. Nie miałabym nic przeciwko temu, gdyby pierwsza klasa wyglądała jak zerówka. Tymczasem od młodszych o rok dzieci zaczyna się po prostu wymagać tego, czego do tej pory wymagało się od siedmiolatków. Czy to ma sens?
W szkole nie ma systemu nauczania dziecka sześcioletniego. Wiem, że założenia reformy były takie, aby metody nauczania przypominały te przedszkolne. Rzeczywistość jest inna. Małe dzieci siadają w ławkach, mają pakiet edukacyjny, zapisują duże ilości stron w zeszytach i ćwiczeniach i są po prostu przemęczone. Dlatego właśnie ten entuzjazm tracą. To nie są jeszcze siedmiolatki, zdolne do większej koncentracji. Sześciolatki muszą mieć dużą przemienność elementów jeśli chodzi o rodzaj aktywności. Szkoła tego nie zapewnia. Niestety nauczyciele nie są też przygotowani do tego, żeby metodami przedszkolnymi uczyć w szkole. Słowa pani minister Katarzyny Hall, potem Krystyny Szumilas, że będzie bardziej „przedszkolnie” w pierwszej klasie są tylko słowami. Rzeczywistość pokazuje, że to cały czas jest typowa polska szkoła - pierwsza klasa dla sześciolatków z ławkami, dzwonkami i tablicą oraz zbyt wieloma obowiązkami dla małych dzieci. (...) Dzieci siedmioletnie są o wiele silniejsze fizycznie. Jeśli mają więcej siły, dłużej mogą trzymać pióro, pisać i siedzieć w ławkach. Sześciolatki muszą to robić krócej
- mówiła w rozmowie z wSumie.pl metodyk nauczania Dorota Dziamska.
Może więc, Pani Dominiko, gdyby Pani chłopcy poszli do szkoły rok później, dziś nie miałaby Pani tyle problemów. Pisze Pani, że:
młodsze dzieci wymagają po prostu więcej naszego wysiłku. Wiem, że łatwiej się położyć na kanapie i poczytać gazetę - a dziecko niech się w tym czasie spokojnie pobawi. Sama o tym nieustannie marzę. Wiem, że ze starszymi dziećmi w pierwszej klasie nie byłoby tyle zachodu.
Pani Dominiko, sama mam trójkę dzieci. W wieku 8 lat, 6 lat i 3 lata. Proszę mi wierzyć, że wkładamy z mężem mnóstwo wysiłku w wychowanie i rzadko kiedy kładziemy się z gazetą na kanapie, choć - podobnie jak Pani - o tym marzę. Jednak wiem, że mój sześciolatek nie był gotowy na pójście do pierwszej klasy i jestem niezwykle wdzięczna Elbanowskim, że dzięki ich akcji udało się reformę opóźnić, a syn mógł zostać w zerówce. Gdyby reforma weszła w życie rok wcześniej, pewnie sama postarałabym się o odroczenie, bo jako matka wiem, co dla mojego dziecka jest najlepsze. Wiem, że Janek, który we wrześniu nie pokonał jeszcze etapu gotowości do nauki pisania i czytania, byłby szybko sfrustrowany i nauka nie sprawiałaby mu żadnej przyjemności. Syn rozwija się inaczej niż jego siostry, ma inne zainteresowania, interesują go skomplikowane konstrukcje, ale nie litery. Rodzice naprawdę wiedzą o swoich dzieciach najwięcej i najlepiej są w stanie ocenić ich możliwości. Skoro rząd odebrał im możliwość wyboru, proszę się nie dziwić, że niektórzy zechcą powalczyć o odroczenie. Szczególnie ci, którzy będą przekonani, że dziecko jest na pierwszą klasę niegotowe. I nie będzie to wynik lenistwa, chęci leżenia na kanapie, ale wynik troski o dziecko. Wreszcie niektórzy nie mają ochoty robić z dzieci królików doświadczalnych do testowania wątpliwych racji MEN-u.
Ale namawiam rodziców do zmiany nastawienia - warto ten czas poświęcić dzieciom, bo w młodszym wieku pewne rzeczy łatwiej opanować, w przyszłości będzie im lżej
- pisze redaktor Wielowieyska.
A ja namawiam do wsłuchania się w potrzeby własnego dziecka i słuchania głosu rozsądku. Być może jeśli pewne rzeczy pozwoli im się zrobić później, w przyszłości będzie im łatwiej. Nie ma Pani pewności, Pani Dominiko, czy gdyby Pani chłopcy poszli do szkoły rok później, dziś nie byłoby im jednak łatwiej.
Państwo Elbanowscy włączyli mocno ideo-logiczne emocje: nieważne, czy moje dziecko jest przygotowane do pierwszej klasy, czy nie, czy daje sobie radę z nauką, czy nie. Nieważne, czy najbliższa szkoła jest miejscem jak najbardziej przyjaznym. Rodzice mają za wszelką cenę zablokować wysłanie dziecka do pierwszej klasy, bo dwa lata temu tak postanowili. A że przez te dwa lata ich pociecha się zmieniła i dojrzała, a szkoła poprawiła, to już ich raczej nie obchodzi. To nakręcanie bardzo szkodliwej histerii, której ci rodzice mogą potem żałować. Rówieśnicy ich dziecka pójdą do przodu, a ono znajdzie się w klasie z młodszymi od siebie, choć wolałoby być ze swoimi dawnymi kolegami
- kontynuuje redaktor Wielowieyska.
Tego zupełnie nie rozumiem. Właśnie to jest dla Elbanowskich najważniejsze. Odpowiedź na pytanie czy szkoła i dziecko są gotowe. Proszę jednak zauważyć, że jeśli rodzic uzna, że szkoła nie jest gotowa, nie ma żadnego ruchu. Nie może odmówić posłania dziecka do takiej szkoły, bo władza nie stworzyła takiej możliwości. Co zaś się tyczy zarzutu, że dzieci zostaną z tyłu, za kolegami: skąd pewność, że dzieci, które poszły wcześniej do szkół, nie wolałyby być w klasie ze swoim rówieśnikami, a nie z dziećmi starszymi? Jeśli natomiast nie pójdą do szkół dzieci, które nie były na to gotowe, może kiedyś podziękują rodzicom za troskę i uniknięcie zupełnie zbędnych frustracji.
Namawiam i państwa Elbanowskich, i innych rodziców do organizowania lokalnych lobby na rzecz poprawienia warunków w szkole. Akcja Ratuj Maluchy już częściowo to wymusiła. Namawiam do naciskania na władze w szkole, w samorządach, w Ministerstwie Edukacji Narodowej, aby nauczyciele mieli obowiązek, a nie jedynie zalecenie, organizowania dzieciom zabaw na świeżym powietrzu. Bo one muszą się wybiegać, nie wolno ich trzymać w ławkach cały dzień
- pisze redaktor Wielowieyska.
I tu się zgadzam w 100 procentach. To właśnie robią Elbanowscy. Walczą o lepsze warunki w szkołach, ale jakże często zakrzykiwani są, gdy zwracają uwagę, że w wielu szkołach uczniowie nie mają możliwości wybiegania się, bo np. dzieci jest za dużo i część nie może wyjść na boisko; lub wskazują, że WF odbywa się w skandalicznych warunkach, na korytarzach, etc. Ma Pani rację, Pani Dominiko! Sześciolatków nie wolno cały dzień trzymać w ławkach, ale właśnie tak się dzieje!
Sześciolatek nie zmieni się w siedmiolatka jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Szkoła i nauczyciele też muszą się dostosować i zrozumieć, że młodsze dzieci wymagają więcej uwagi
- uważa Dominika Wielowieyska.
Bingo, Pani Redaktor! Tymczasem Sejm uznał, że sześciolatki mają z dnia na dzień, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, osiągnąć stan rozwoju siedmiolatków. Nie zmienia się bowiem program, praca nauczycieli czy wygląd klas.
Jest więc sporo do zrobienia. Szkoda, że państwo Elbanowscy wciąż marnują rodzicielską aktywność na jałowy protest, który teraz niczego dobrego nie niesie
- kończy swój tekst Dominika Wielowieyska.
Karolina i Tomasz Elbanowscy nie marnują rodzicielskiej aktywności na jałowy protest. Oni próbują teraz złagodzić skutki fatalnych decyzji władzy. Co więcej obudzili świadomość rodziców, że mają prawo zabierać głos w sprawie wychowania swoich dzieci i oni będą to robić. Dla dobra dzieci. Nie można tego nie docenić. Szkoda, że obecna władza nie jest w stanie docenić tego potencjału i energii, jaka skupia się wokół akcji "Ratuj Maluchy".

Dorota Łosiewicz



 

Zaloguj się, by uzyskać dostęp do unikatowych treści oraz cotygodniowego newslettera z informacjami na temat najnowszego wydania

Zarejestruj się | Zapomniałem hasła