Dlaczego udają, że nie wiedzą, kto w Polsce rządzi?

opublikowano: 29 grudnia 2013
Dlaczego udają, że nie wiedzą, kto w Polsce rządzi? lupa lupa

Reżyserzy Agnieszka Holland, Janusz Zaorski, Jan Kidawa-Błoński i Borys Lankosz dokonali epokowego odkrycia. W programie Marcina Mellera „Drugie śniadanie mistrzów” w TVN 24 tego dokonali. Odkryli otóż, że strasznie wysoki jest w Polsce poziom agresji. Ludzie się nienawidzą zamiast tylko pięknie różnić się poglądami. Brakuje wolności i tolerancji dla innych. Brakuje wolności słowa. Wszystko jest jakieś totalniackie, niczym w czasach komuny, o której czeskiej wersji świetny, uniwersalny film „Gorejący krzew” zrobiła Agnieszka Holland. Wydawałoby się, że to niezwykle surowa i trafna diagnoza polskiej rzeczywistości AD 2013. Wydawałoby się, bo jest sporo „ale”.

Znani reżyserzy ani słowem się nie zająknęli, podobnie jak dwa dni wcześniej Daniel Olbrychski w programie „Kod dostępu” w TVP Info, kto właściwie ten klimat totalniactwa i agresji w Polsce ukształtował. Daniel Olbrychski narzekał nie tylko na atmosferę nienawiści, ale i ostro krytykował Kościół katolicki, że się jej nie przeciwstawia, lecz wręcz ją podsyca. Przez co Kościół staje po stronie zła, zamiast krzewić dobro z takimi dobrymi ludźmi jak Olbrychski właśnie. Wszyscy przecież pamiętają, że mistrz zawsze był chrześcijaninem w typie papieża Franciszka i nigdy nie łamał przykazań, choćby trzeciego, szóstego, ósmego i dziewiątego.
Z wypowiedzi znanych reżyserów i zasłużonego aktora można by sądzić, że nienawiść i totalniactwo zaprowadziły w Polsce jeśli nie jakieś wredne krasnoludy, to ci, którzy obecnie są politycznie najsilniejsi, czyli opozycja. Państwo reżyserzy i znany aktor nie zauważyli natomiast totalniackich, antywolnościowych i nienawistnych osiągnięć tych, którzy rządzą Polską od sześciu lat. Wciąż rządzą, bo przecież w układzie władzy od listopada 2007 r. nic się nie zmieniło.
Państwo reżyserzy i znany aktor nie dostrzegli totalniactwa, nienawiści i agresji po 2007 r., bo im one w żaden sposób nie przeszkadzały. Uderzały w jakichś „onych”, czyli konserwatywną część społeczeństwa oraz w konserwatywnych kolegów tych twórców. I najwidoczniej było dobrze, że właśnie tych Polaków nienawidzono, wyszydzano i lżono, bo przecież to ciemnota i wstyd przed postępowym światem. A przecież ci wybitni i wrażliwi na zło przedstawiciele sztuki filmowej powinni widzieć, że nie ma „dobrego zła” uderzającego w „onych”, lecz zło jest złem zawsze.
Dlaczego ważni reżyserzy i aktor będący przez lata symbolem wolnościowej Polski nie zauważyli czegoś, co widzieli ludzie mniej od nich wrażliwi, gorzej czytający społeczne emocje i nastroje, gorzej przygotowani do rozumienia procesów społecznych? Dlaczego nie ostrzegali przed totalniactwem, agresją i nienawiścią choćby w latach 2010 i 2011, kiedy to w ogromnej mierze wsparli ówczesną i obecną władzę w wyborach? Czy popierana przez nich władza zrobiła cokolwiek, żeby teraz nie bali się oni agresji i nienawiści? Czy nie legitymizowali jej swoim poparciem i autorytetem?
Teraz mamy gorzkie żale ludzi kultury, że skądś się wziął klimat nienawiści, tak jakby usankcjonowali go Marsjanie, a nie ci, którzy mieli na to realny wpływ. Protestują dopiero pod koniec grudnia 2013 r. i właściwie nie wiadomo przeciw komu, bo ani jedno krytyczne słowo nie pada pod adresem obecnie rządzących, choć przynajmniej Agnieszka Holland dawała do zrozumienia, że aktualna władza nie ma czystego sumienia i czystych rąk. Tylko skąd ta powściągliwość, skoro zło ma być aż tak szeroko rozpowszechnione? Skąd to milczenie o „zasługach” obecnie rządzących?
Czy znani reżyserzy i zasłużony aktor nie powinni mówić o złu od dawna, a nie teraz, gdy realna jest perspektywa utraty władzy przez ich hojnych dotychczas mecenasów i sponsorów? Czy brzmią wiarygodnie, gdy nie chcą wskazać odpowiedzialnych za klimat, który im tak doskwiera? Gdzie ukrywała się ich wrażliwość na zło, które rosło, aż stało się zagrożeniem nie tylko dla wolności słowa i wolności twórczych, ale dla wolności w ogóle? Czy to nie oni sprzeniewierzyli się swojej roli jako twórcy, czyli osoby predestynowane do zajmowania krytycznego stanowiska i niejako upoważnione do piętnowania zła?
Znani reżyserzy i zasłużony aktor nie uderzają we własne piersi, nie widzą problemów w swoim środowisku, choć to ono w dużej części zdradziło misję i powołanie. Przecież nie było obowiązku bycia twórcami dworskimi, a przynajmniej milczącymi wobec faktu masowego i wysoce niemoralnego klientyzmu wobec władzy. To było wygodne, wiązało się z korzyściami, dobrami i zaszczytami, ale przecież było zabójcze dla sztuki i deprawujące samych twórców.
Gdy teraz znani reżyserzy i jeszcze bardziej znany aktor narzekają na atmosferę agresji i nienawiści, może jednak przydałaby się choć odrobina autokrytycyzmu i jakiś rachunek sumienia. Zło nie spada bowiem z kosmosu, lecz szerzy się wskutek wygody, pragmatyzmu bądź tylko obojętności, jakie demonstrowali ci, którzy teraz je wskazują, na nie narzekają i realnie się go boją.

Stanisław Janecki



 

Zaloguj się, by uzyskać dostęp do unikatowych treści oraz cotygodniowego newslettera z informacjami na temat najnowszego wydania

Zarejestruj się | Zapomniałem hasła