Fałszowanie historii zawsze było rosyjską domeną

opublikowano: 8 lutego 2014

Zaskakująco musiało wyglądać otwarcie Igrzysk Olimpijskich w Soczi dla tych, którzy historię znają. Okres lat 20. i 30. XX w. przedstawiony jako awangarda i industrializacja, a lata 50. i 60. niczym zdjęte z obrazków wesołych prywatek w Stanach Zjednoczonych.

Na ulicach samochody z roześmianymi blond gwiazdami wystylizowanymi na Marylin Monroe, zabiegani studenci ubrani jak na obrazkach z Paryża, a na koniec wielki rozwój narodu – rozrost rosyjskich rodzin. Tak Rosja „wybrnęła” z tego niewygodnego dla siebie okresu głębokiego komunizmu prezentując własną historię. Zresztą nie pierwszy raz Rosjanie zdecydowali się po prostu minąć z prawdą wobec niektórych wydarzeń – i my Polacy znamy to najlepiej.
W sumie nikt niczego innego nie mógł się spodziewać. Za reżyserię i scenariusz uroczystości odpowiedzialny był w końcu Konstantin Ernst – dyrektor telewizyjnego państwowego Kanału 1, a więc także zaufany człowiek Putina. A nie od dziś wiadomo, że Władimir Władimirowicz jest wielkim fanem okresu ZSRR. Prezydent Rosji kiedyś powiedział przecież, że
Każdy, kto nie tęskni za Związkiem Radzieckim, nie ma serca,
więc czegóż innego można się było spodziewać po otwarciu Putinady? Igrzyska 2014 są przecież oczkiem w głowie prezydenta Rosji – to nie tylko personalna ambicja Władimira Putina, ale także pokazanie potęgi Rosji i swoista próba pozbycia się kompleksu wobec Zachodu. Czy Soczi oczaruje gości? Z tym można polemizować, obserwując doniesienia od których aż huczy na portalach internetowych.

Poza historycznymi manipulacjami w otwarcie Igrzysk wdarła się także geograficzna wpadka. Na mapie Polski zaprezentowanej na stadionie nasz kraj powiększył się o Obwód Kaliningradzki. Zapewne taka pomyłka bardzo rozwścieczyła Władimira Putina - ciekawe kto za to "dostanie po głowie"?


Poza tym, pięknie (?) udekorowane Soczi to tylko mały fragment rosyjskiego imperium. Warto, aby obecni tam dziennikarze, sportowcy i turyści pamiętali, że całkowity obraz Rosji jest zupełnie inny. Bieda, duże rozwarstwienie społeczne, prześladowania opozycji, korupcja...
Ciekawą historię, związaną zresztą z sylwetką sportowca opisał tuż przed Igrzyskami „Washington Post”. David Green przytoczył tam historię zapomnianej narciarki, która zdobyła złoty medal podczas Igrzysk w Sapporo – Galiny Kulakovej. Obecnie mieszka ona w zasypanej, można powiedzieć - odciętej od świata – wiosce, kilkaset kilometrów od Moskwy. Jak zauważył autor artykułu takich ubogich wiosek jest w Rosji mnóstwo – a ubogich Rosjan – jeszcze więcej. Przecież Kulakova jest chociaż poniekąd honorowana – a co się dzieje z tymi zapomnianymi? Gdy w Soczi Putin odgrywa kolorowy teatrzyk przez Zachodem warto sobie o nich przypomnieć.

Magdalena Czarnecka



 

Zaloguj się, by uzyskać dostęp do unikatowych treści oraz cotygodniowego newslettera z informacjami na temat najnowszego wydania

Zarejestruj się | Zapomniałem hasła