Gambit Jarosława Kaczyńskiego

opublikowano: 21 czerwca 2015
Gambit Jarosława Kaczyńskiego lupa lupa
fot.PAP/ Leszek Szymański

Senariusz w którym Beata Szydło została kandydatką na premiera był naturalnym wnioskiem, jaki wyciągnięto na Nowogrodzkiej po niezwykle udanej kampanii prezydenckiej. Naturalnym, choć zaznaczmy, że wcale nie oczywistym, bo przecież bywały już kampanie, po których w PiS zrywano z mozolnie budowanym wizerunkiem i miotano się od ściany do ściany z przekazem dla Polaków.

Jeszcze w kwietniu, gdy wydawało się, że maksimum tego, na co stać Andrzeja Dudę to bardzo dobry (ale nie zwycięski) wynik w II turze wyborów, Jarosław Kaczyński badałnajważniejsze osoby na prawicy pod kątem wystawienia Dudy jako kandydata na premiera. Było czymś oczywistym, że należy wykorzystać entuzjazm i energię, które udało się wytworzyć i zbudować wokół Prawa i Sprawiedliwości w kampanii wyborczej. Odpowiedzią miał być Andrzej Duda - kandydat na premiera.

Wyborcy zweryfikowali te plany, wszak Andrzej Duda wygrał wybory, ale nie zmieniły nastawienia w partii Kaczyńskiego. Krótko mówiąc, polega ono na prostym założeniu - sukces wyborczy trzeba wykorzystać maksymalnie, i oprzeć okołopisowską prawicę (i jej kampanię) wokół zwycięskich postaci - Andrzeja Dudy i właśnie Beaty Szydło, którą - słusznie - przedstawia się jako jednego z głównych architektów majowej wygranej.

Wiceszefowa Prawa i Sprawiedliwości wykonała w ostatnich miesiącach gigantyczny progres. Z polityka drugiego szeregu, oddelegowanego do mrówczej, czarnej roboty, mówiącego bez specjalnego przekonania i pasji, Beata Szydło stała się czołową postacią całej partii i środowisk skupionych wokół PiS.

Wątpliwości pojawiają się gdzie indziej.

Bycie bardzo dobrą skarbnik partii (zwłaszcza na tle poprzedniego), świetną szefową sztabu wyborczego, znakomitą organizatorką struktur i coraz lepszym mówcą podczas konwencji nie wystarczy do tego, by być dobrym premierem. Nie znamy Beaty Szydło z jej pracy w administracji rządowej, nie wiemy wiele o jej merytorycznym przygotowaniu i zapleczu personalno-ideowym. Ten argument z pewnością wróci w kampanii.

Dlatego zadaniem Beaty Szydło (jak i całej zjednoczonej prawicy) na najbliższe miesiące będzie przedstawić się Polakom jako polityk przygotowaną na przejęcie rządów. Temu będzie zapewne służyć objazd Polski czymś na kształt Szydłobusu, programowy kongres (przygotowany na pierwszy weekend lipca w Katowicach) i setkispotkań z wyborcami na rynkach miast.

Czy to wystarczy? I tak, i nie. Chętnie zobaczyłbym Beatę Szydło w kilkugodzinnym wykładzie, w którym przedstawia swoją wizję państwa i polityki zagranicznej, chętnie usłyszałbym, jak w jej rozumieniu wyglądają konieczne reformy wymiaru sprawiedliwości i służb specjalnych, jak wyobraża sobie pracę w administracji rządowej, jakie lektury i jacy filozofowie budują jej myśl polityczną. Słowem - chciałbym zobaczyć Szydło w spotkaniu na kształt wizyty Jarosława Kaczyńskiego w Klubie Ronina albo wyczerpującej w debacie, w której wdeptałaby w ziemię Ewę Kopacz. Wierzę, że prędzej czy później do tego dojdzie.

Na dziś trzeba powiedzieć jasno - Beata Szydło nie jest (przynajmniej na razie) politykiem formatu Jarosława Kaczyńskiego. Nie brakuje jej zapału, pracowitości i umiejętności organizacyjnych. Ale musi przedstawić się jako polityk formatu premiera. Tak jak Andrzej Duda przedstawił się w kampanii wyborczej jako polityk godny objęciaurzędu prezydenta. Z tej perspektywy o wiele bardziej naturalnym kandydatem na fotel premiera byłby Jarosław Kaczyński. Znamy, często aż za dobrze, jego zalety i wady, ale przygotowania merytorycznego i szerokich horyzontów nie odbierają mu nawet najbardziej zawzięci wrogowie.

Wycofując się do drugiego szeregu, Jarosław Kaczyński po raz kolejny dowiódł, że świetnie spełnia jako kingmaker - nawet kosztem swoich ambicji. Gambit prezesaPrawa i Sprawiedliwości (copyright by dr Błażej Poboży) jest o tyle zrozumiały, że wynika z oczekiwań Polaków, które wyłaniają się z badań i wyników wyborów. Kaczyński poddał się tym oczekiwaniom, odsuwając na dalszy plan swoje aspiracje, kosztem sukcesu wyborczego partii. Krótko mówiąc - wygrało myślenie, że skoro Polacy dali wyraz, że chcą zmiany i polityków z innego rozdania niż to, które widzą od kilkunastu lat, to odpowiedzią jest Beata Szydło. Sam Kaczyński, nawiązując biblijnie, staje się Mojżeszem, który przeprowadza lud, ale nie wchodzi do Ziemi Obiecanej.

Ruch niezwykle celny z perspektywy kampanii i wyborów, ale każący postawić kilka znaków zapytania co do przyszłego rządu i funkcjonowania państwa.

Marcin Fijołek

Cały tekst na portalu wPolityce.pl




 

Zaloguj się, by uzyskać dostęp do unikatowych treści oraz cotygodniowego newslettera z informacjami na temat najnowszego wydania

Zarejestruj się | Zapomniałem hasła