Gry komputerowe w służbie historii

opublikowano: 25 lipca 2013
Gry komputerowe w służbie historii lupa lupa
sxc.hu

Publikujemy list tygodnia nadesłany przez jednego z naszych czytelników: Czy gry komputerowe kiedyś zastąpią konwencjonalne nauczanie?  Nie, na pewno nie. Ale już dziś stanowią świetne urozmaicenie dla uczniów i ciekawą formę poszerzania wiedzy dla osób, które edukację mają już dawno za sobą.

W Polsce cały czas panuje przekonanie, że gry komputerowe, to tylko zabawa dla dzieci, ewentualnie otyłych nastolatków z obowiązkowym trądzikiem. Stereotypowo chłopców. To sztuczny kwadratowy, nie przypominający wyglądem realnego, świat, w którym młodzież strzela do staruszek i wyrywa kręgosłupy napotkanym antagonistom. W ten sposób hoduje się pokolenie przyszłych psychopatów, którzy nie mają czasu na naukę i kontakt z ludźmi. Gorzej postrzegani są tylko trzydziesto-, czterdziestolatkowie, ojcowie rodzin, którzy zamiast czytać gazety i oglądać kolejny talent show, wolą wieczorami wcielić się w rolę kogoś innego, może uratować przy okazji świat. Prawda jest taka, że to rozrywka, jak każda inna, a często od innych pożyteczniejsza. Temat gier jest w polskich mediach, oprócz prasy tematycznej oczywiście, poruszany wybitnie rzadko, mimo że, w przeciwieństwie do kinematografii, branża ta może pochwalić się dwoma częściami obsypanego nagrodami „Wiedźmina” i trzecią, która ukaże się w przyszłym roku. Z powodu tej marginalizacji, nie zauważa się, że gry się zmieniły i mogą też, niespodzianka, uczyć! Zwłaszcza historia jest polem, na którym głodny wiedzy gracz ma największy wybór.

Nie do końca fikcja

Najdelikatniejszą formą jest opowieść osnuta na kanwie wydarzeń historycznych i będąca, mocniej lub słabiej, z nimi powiązana. Niemalże ideałem jest tu cykl „Assassin’s Creed” o fikcyjnym konflikcie Asasynów i Templariuszy ciągnącym się od czasu krucjat do dziś. Wystarczy trochę chęci i można wyciągnąć z niej niemałą wiedzę. Przechadzasz się po centrum renesansowej Florencji, zachwycając piętnastowieczną architekturą? Wciskasz jeden klawisz i widzisz wyczerpujący opis Santa Maria del Fiore z całą jej historią i ciekawostkami. Da Vinci prosi cię o wypróbowanie maszyny latającej nie stroniąc od uścisków i dziwnych uwag na temat męskiego piękna? Aż się prosi kliknąć i poczytać dlaczego… Do przeszukiwania Internetu na własną rękę zachęcają też rozmowy z Machiavellim, Sulejmanem Wspaniałym, czy Samuelem Adamsem. Można się zainteresować?

Po uszy w historii

A to dopiero początek. Seria „Total War” pozwala nam pokierować państwem. Tak po prostu. Do wyboru Europa w starożytności, średniowieczu, okresie wojen napoleońskich, szesnastowieczna bądź dziewiętnastowieczna Japonia i pół świata w XVIII wieku. Tutaj już mamy wolne pole do popisu, ograniczone tylko własną fantazją i umiejętnościami strategicznymi. Poprowadzić Rzym ku potędze? Łatwizna. Może wygrać wojny punickie Kartaginą? Lepiej. Zorganizować piastowską krucjatę do muzułmańskiej Hiszpanii? Jeszcze lepiej. Pokazać, że jednak się dało i nie dopuścić do rozbiorów, przy okazji wprowadzając polskie garnizony do Wiednia, Moskwy i Berlina? To już trudniej. Zdobyć całą Europę księstwem Hanoweru? Zadanie dla poważnych strategów. Tak można wyliczać jeszcze długo, a każdy sukces przynosi jakąś satysfakcję, nie mówiąc już o frajdzie rozkazywania Cezarowi, Kaliguli, Napoleonowi lub Poniatowskiemu. Gdzie tu walory edukacyjne? Wszędzie. Rozpoczynasz kampanię francuską za Napoleona i zastanawiasz się co, u diabła, robi rosyjski korpus Kutuzowa na terenie Rzeszy Niemieckiej? Dwie minuty i już lądujesz na Wikipedii sprawdzając, co to był za jeden, ten Kutuzow. Przy okazji łapiesz jeszcze odnośniki do Suworowa        i de Tolly’ego. A jak wiadomo, jeśli wejdziesz na Wikipedię celem sprawdzenia biografii dowódcy, to skończysz na mechanice kwantowej. Nie podoba się? To może lepszym pomysłem są opatrzone opisem, bądź filmem wprowadzającym, bitwy historyczne. Da się wskoczyć w buty von Jungingena i sprawdzić swoich sił pod Grunwaldem, pobawić się w Aleksandra Wielkiego i odegrać jego zwycięstwa, postrzelać pod Fontenoy lub rozstrzygnąć losy Europy pod Waterloo. Po dowolnej ze stron. Oczywistym jest też, że po godzinach obcowania z armiami całego świata nie będzie problemem rozróżnienie szaserów, szwoleżerów i woltyżerów, czy triarii, principes i hastati. Jeśli natomiast nie kręci cię wojowanie, może lepiej dowodzenie zrzucić na sterowanych przez komputer dowódców, a samemu zająć się polityką i ekonomią? Planuj, jak wyżywić ludzi, by nie wszczynali buntów, wystawić kolejne regimenty, budować fortyfikacje, a jednocześnie rozwijać kulturę, budować drogi, zawiązywać sojusze i umowy handlowe. Spojrzenie na historię z takiej perspektywy też wiele daje. Zrozumienie, że wojnę można przegrać wygrywając wszystkie bitwy, że w czasie pokoju trzeba rozwijać nowe technologie, przygotowywać się do obrony. Lub ataku. A w razie problemu można sięgnąć po „Księcia” Machiavellego. Zawsze to jakiś poradnik.

Każdy jest reżyserem

To tylko ułamek wszystkich możliwości. Świetna grafika najnowszych tytułów pozwala na podziwianie brawurowych szarż kawaleryjskich (choćby husarii), miarowych salw z muszkietów kładących trupem setki nadbiegających wrogów w niemal (nie ma też co przesadzać, potrzeba jeszcze kilka lat) filmowej jakości i wielkości. W dowolnej kombinacji. Tutaj gracz o wszystkim decyduje, sam tworzy dla siebie spektakle. Dzięki temu możliwe jest „poczucie” historii, a to naprawdę bardziej zachęca do poznawania przeszłości  niż nudne tabelki. Chociaż nudne tabelki też są potrzebne.

 

Grać czy nie grać?

Gry nie zostały stworzone, żeby uczyć i co do tego nie ma sensu się oszukiwać. Spełniają jednak inną rolę. Są przynętą, zachęcają. Zachęcają, by zanurzyć się w przeszłość, zobaczyć dawny, autentycznie piękny, świat z perspektywy spraw wielkich, ale i rzeczy małych, codziennych, lecz często ciekawych.  A to najlepszy sposób by zainteresować się historią jako całością. Jeśli to się uda, to potem jest już z górki. Łatwiej sięgnąć po książkę o Aleksandrze Macedońskim, jeżeli widziało się jak własne oddziały doborowej jazdy rozbijają się o mur włóczni jego hoplitów. Łatwiej poczytać o Savonaroli, jeśli osobiście dobiło się go na stosie, by oszczędzić mu cierpień. Należy jednak pamiętać, że gry mogą nas tylko zarazić historią, pokazać jej ciekawsze oblicze, ale nie przekażą nam w magiczny sposób ogromnej wiedzy. To tylko pierwszy krok. Dla wielu jednak, realnie patrząc, gry to jedyna szansa na ten krok. Ludzie mający jakiś nieokreślony wstręt do nauki (lenistwo?) mogą niepostrzeżenie go pokonać. Mogą też oczywiście spędzać setki godzin przed komputerem i nie wynieść z tego nic.

Ludwik Podkówka



 

Zaloguj się, by uzyskać dostęp do unikatowych treści oraz cotygodniowego newslettera z informacjami na temat najnowszego wydania

Zarejestruj się | Zapomniałem hasła