Ideologiczne bieganie?

opublikowano: 28 września 2014
Ideologiczne bieganie? lupa lupa
fot. PAP/ Paweł Supernak

Warszawski maraton znowu zablokuje dzisiaj stolicę. I znów nakręcona zostanie spirala niechęci pomiędzy biegającymi a niebiegającymi, pomiędzy ludźmi radosnymi i cieszącymi się z życia a ponurakami.

Tak to przynajmniej może wyglądać. Bo w istocie - jak niegdyś w głośnym komentarzu napisał Dominik Zdort (za co zresztą spotkały go niesłuszne kpiny) - bieganie w takiej postaci, w jakiej funkcjonuje dziś w Polsce i w wielu mediach, jest - wbrew pozorom - nacechowane ideologicznie. To emanacja fajnopolactwa.

Na początku trzeba od razu poczynić zastrzeżenie, że nie odnosi się to oczywiście do każdego biegacza i każdego biegu. Biega także wiele osób, które robią to rzeczywiście dla zdrowia, dla czystej przyjemności, dla czysto sportowej rywalizacji także z własną słabością i na które ideologiczne nawoływania nie mają żadnego wpływu. I tacy ludzie pobiegną w dzisiejszym maratonie, bo przecież skoro jest, to biegną, a nie jest ich sprawą ani winą, że maraton jest zorganizowany w taki, a nie inny sposób i zyskuje taką, a nie inną oprawę.

Jest też jednak inna kategoria biegaczy. To ci, którzy zaczęli biegać, bo Giewu zaczęła pisać, że bieganie jest modne i fajne; bo biegają koledzy z korporacji; bo modnie jest wstawić na fejsa swoją fotkę po biegu; a także dlatego, że kręci ich pompowany właśnie głównie przez medium z Czerskiej antagonizm pomiędzy biegającymi a niebiegającymi, pomiędzy uczestnikami biegów a ludźmi, którzy w ich trakcie chcą po prostu w miarę normalnie funkcjonować. I to jest - śmiem twierdzić, choć rzecz jasna badań żadnych nikt nie robił - całkiem spora grupa biegaczy. Największa zapewne w Warszawie.

Czy bieganie jest ideologiczne? W samej swojej istocie nie. Może natomiast pełnić taką funkcjęWiele jest wokół nas zagadnień, które z pozoru nie mają nic wspólnego z ideologią, a w istocie jej służą poprzez przekaz niemal wyłącznie podprogowy. Tak jest i z powszechnością dostępu do broni, i choćby z polityką transportową i drogową w miastach - bo obłędne sekowanie aut z miast ma również ideologiczne podłoże.

Dlaczego bieganie w polskim wydaniu jest ideologiczne? Wystarczy przejrzeć publikacje na jego temat, pojawiające się po stronie fajnopolskiej. To kontynuacja tej samej linii, którą mogliśmy obserwować przy okazji Euro 2012. Jest dobrze, radośni Polacy pokazują, że robią to samo co w Berlinie czy NowymJorku, wszyscy się cieszą, a tylko garstka narzekaczy i wiecznych malkontentów jak zwykle się burzy. To ci sami - głosi przekaz między wierszami - którzy wciąż narzekają na rząd, którym się III RP nie podoba.

 

Łukasz Warzecha

Takie podejście do biegania to polski patent. Bo ani maraton berliński, ani nowojorski, ani żadna inna impreza tego typu w innym kraju nie jest umieszczana w podobnym kontekście. To specyfika polskiego sporu ideowego. Dlatego też subtelności, zawarte w przekazie strony fajnopolskiej byłyby kompletnie niezrozumiałe dla na przykład zagranicznych uczestników maratonu. Przy czym - co całkiem oczywiste - te same media, które używają m.in. biegania w funkcji ideologicznej, nigdy się do tego oficjalnie nie przyznają. To sytuacja podobna jak z „ponadpolitycznym” autorytetem Jerzego Owsiaka: ma swoją siłę rażenia, póki nie powie się otwarcie, że jest po prostu żołnierzem w politycznej rozgrywce. Jako że ośrodkiem definiującym fajnopolską ideologię jest „Gazeta Wyborcza”, więc ona najsilniej promuje takie właśnie podejście do biegania, co przy okazji doskonale się komponuje z antysamochodową krucjatą Giewu. To właśnie „Wyborcza” zrobiła najwięcej, aby w Warszawie oraz innych miastach rozkręcić i podtrzymać wojnę pomiędzy pieszymi a kierowcami(co zresztą niejednokrotnie wytykają komentujący pod tekstami z tej dziedziny). Mamy zatem doskonale znaną narrację, zgodnie z którą każdy bieg, masa krytyczna, przejazd rolkarzy czy jakakolwiek podobna impreza, która skutkuje paraliżem miasta na całe godziny, to radosna zabawa wesołych Polaków, którą chcą zepsuć malkontenci, niewolniczo przywiązani do swoich samochodów.

Narracja ta, rzecz jasna, ma niewiele wspólnego z rzeczywistością. Abstrahuję tu od kwestii roli samochodu we współczesnych miastach - to inny temat, któremu warto poświęcić odrębny tekst. Problem jednak w tym, że o ile maratony w Berlinie czy Nowym Jorku są odpowiednio przygotowane, polskie imprezy nie są. Odpowiednie przygotowanie oznacza w takim samym stopniu dbanie o potrzeby biegnących, co i niebiegnących. W Polsce dba się jedynie o tych pierwszych, a drugim mówi się: „Przyjdźcie ewentualnie pokibicować, a jak wam się nie podoba, to spadajcie na bambus. W czasie biegu stajecie się obywatelami drugiej kategorii”.

Jak wygląda solidne przygotowanie imprezy? Po pierwsze - informacja o utrudnieniach ma dotrzeć do wszystkich nimi dotkniętych. Do mieszkańców rejonów, które mogą zostać odcięte, wysyła się listy z odpowiednim uprzedzeniem. Czasami odwiedza ich policja (tak jest np. w Niemczech), pytając, czy tego i tego dnia w określonych godzinach będą potrzebowali samochodu i uprzedzając, że może być z tym problem. Ogłoszenia z mapą utrudnień są na każdym przystanku. W razie potrzeby są organizowane specjalne parkingi poza obszarem odciętym biegiem, wydawane są przepustki, a jeśli ktoś ma istotną sprawę życiową - np. ważną wizytę u lekarza - w transporcie pomaga policja, która zresztą służy pomocą w każdej kłopotliwej sytuacji. Standardem jest wyczerpująca informacja w komunikacji publicznej, nie mówiąc oczywiście o dobrym zaplanowaniu objazdów i uwzględnieniu miejsc potencjalnych korków.

Absolutnie oczywiste jest, że każdy biorący udział w operacji policjant musi umieć poniformować obywateli, jak mają się dostać w dane miejsce, którędy można przejechać, kiedy ulice zostaną otwarte.

W polskim przypadku standard jest całkiem inny. Informacja o trasie biegu pojawia się tylko w internecie i gazetach. Nikogo nie obchodzi, jak sobie poradzą ludzie, którzy mieszkają na obszarze zajętym przez biegaczy. Policjanci na ogół nic nie wiedzą poza tym, że mają blokować i nie przepuszczać. Niebiegający obywatel staje się śmieciem. Frustracja rośnie zaś tym bardziej, im bardziej powszechną radość deklarują zaangażowane po stronie biegania media.

Czy takie postępowanie władz jest świadome? Trudno powiedzieć. Zamykanie znacznej części miasta nawet kilkanaście razy w roku (tyle jest w sumie sportowych imprez masowych) wynika z kilku przyczyn. Pierwsza to immanentna skłonność władzy z fajnopolackiego obozu do lekceważenia obywateli w ogóle, a już w szczególności tych obywateli, którzy nie podzielają jej poglądów i nie chcą się do fajnopolactwa zapisać. To dzieje się i na poziomie miasta, i na poziomie kraju. Druga to nieudolność. Należyte zorganizowanie imprezy wymaga znacznie większego wysiłku niż obecne standardowe działanie. Trzecia to snobizm: skoro mają takie imprezy gdzie indziej, to i my taką zróbmy. Nieważne, jakim kosztem dla mieszkańców, ważne, że się pokażemy.

Jedno wydaje się tutaj kluczowe: nie powinniśmy się pozwolić szczuć na siebie nawzajem. Nie jest winą uczestników maratonu, że jego organizacja służy określonym celom, że jest fatalna i że część mediów nakręca wrogość jednych wobec drugich. Podobnie jak nie jest winą niebiegających mieszkańców miasta, że irytuje ich stan rzeczy. Warto o tym pamiętać.



 

Zaloguj się, by uzyskać dostęp do unikatowych treści oraz cotygodniowego newslettera z informacjami na temat najnowszego wydania

Zarejestruj się | Zapomniałem hasła