Jachowicz: Żenujący spektakl Maja

opublikowano: 13 lutego 2016
Jachowicz: Żenujący spektakl Maja
fot. PAP/Jakub Kamiński

Kiepsko u nas z policją. Jeśli komendant główny jest czymś pośrednim między podrabianym szeryfem szeryfów a pretensjonalnym aktorem prowincjonalnym, próbującym wskoczyć w kostium obrońcy nieskazitelności munduru policyjnego, rozpryskującym się niczym szklana bańka po zderzeniu z pierwszą przeszkodą na drodze.

Przepraszam bardzo, a gdzie się podziało trochę męskości – tej prawdziwej, związanej z charakterem – że drobne uszczypnięcia wystarczają, by rejterować do ciepłego kąta? Chyba, że to nie są drobne próby wbicia szpilek, lecz stary, zapomniany granat, który teraz ktoś próbuje odbezpieczyć. Ale wtedy inspektor Zbigniew Maj nie powinien przedstawiać nam swojego kroku jako szlachetnej obrony „czci i chwały”, obudowywać ją mglistymi teoriami o prowokacjach wymierzonych przeciwko niemu. Jakimiś odwetowymi krokami „układu”, który bohatersko rozbił. Powinien wtedy odejść milcząco. Skromnie, dyskretnie, kameralnie. Pod jakimś nie wzbudzającym taniej sensacji pretekstem, np. „z powodów osobistych”. Nie zaś z rozdzierającym serce gestem człowieka skrzywdzonego, z trzewi którego obficie leje się policyjna krew. Spalonego na stosie wojennym. Jako niewinna ofiara, zniszczona przez bezwzględnych brutali, atakujących za pośrednictwem sprzyjających im dziennikarzy, którzy co i rusz zadawali podchwytliwe pytania. Osłabiali nimi prestiż oraz podważali autorytet komendanta głównego.

Spektakl zaprezentowany podczas super spec konferencji na wszystkich dostępnych w Polsce kanałach telewizyjnych, przyprawiał o smutek i zażenowanie.

Wiele jest przyczyn słabości polskiej policji, a część z nich sięga przełomu lat 80 i 90. Mimo tego ogólnego nienajlepszego stanu , mieliśmy w III RP kilku wspaniałych komendantów głównych, że wspomnę Jana Michnę, Jerzego Stańczyka, Marka Bieńkowskiego czy Andrzeja Matejuka, choć ten ostatni był pupilem Grzegorza Schetyny, sprowadzonym z Wrocławia dla „bezpieczeństwa” interesów PO.

Jako przeciwieństwo Zbigniewa Maja przypominam sobie postać Zenona Smolarka. W połowie lat 90 nazwisko Smolarka stało się synonimem policyjnej korupcji. Zyskał go po  tekście dwójki dziennikarzy Maćka Gorzelińskiego i Piotra Najsztuba, którzy opublikowali reportaż w „Gazecie Wyborczej”, oskarżający Smolarka o korupcję. Jej symbolem miała być lodówka dostarczona Smolarkowi pod osłoną nocy do domu w Poznaniu. Wielu polityków i niemal wszystkie media domagały się natychmiastowej dymisji Smolarka. On sam walczył o swoje dobre imię i nie poddawał się presji opinii publicznej. Bronili go ówczesny premier Władysław Pawlak i szef MSW Andrzej Milczanowski. Zmasowane ataki na komendanta głównego – sam należałem wtedy do najmocniej „ostrzeliwujących” Zenona Smolarka – spowodowały, że jego najbardziej wytrwali obrońcy po roku skapitulowali i odwołali go ze stanowiska.

 

Cały felieton Jerzego Jachowicza do przeczytania na portalu wPolityce.pl.



 

Zaloguj się, by uzyskać dostęp do unikatowych treści oraz cotygodniowego newslettera z informacjami na temat najnowszego wydania

Zarejestruj się | Zapomniałem hasła