Jak nie ciszą, to wrzaskiem

opublikowano: 28 stycznia 2014
Jak nie ciszą, to wrzaskiem lupa lupa

Można się było spodziewać, że ujawnienie przez tygodnik „w Sieci” najważniejszych danych z raportu polskich archeologów, którzy badali teren katastrofy w Smoleńsku w pół roku po katastrofie, wywoła te same, co zwykle, reakcje rządowo-medialnego mainstreamu.

A więc po pierwsze – cisza lub prawie cisza, tak długo, jak się da. Lepiej, by Polacy nie przypominali sobie zbyt często niezapomnianych bzdur ówczesnej minister zdrowia, Ewy Kopacz o tym, jak dokładnie „przeczesywano” miejsce tragedii. Słów, które – bo i to warto przypomnieć – w sejmowych stenogramach zostały „dyskretnie” poprawione tak, by nie dało się pani Kopacz zarzucić niczego więcej niż skrajnego frajerstwa, naiwności czy przedkładania własnego politycznego interesu ponad takie drobiazgi, jak prawda o przebiegu śledztwa w sprawie największej w dziejach świata katastrofy lotniczej z udziałem najwyższych władz państwowych.
Po drugie – o ile nowych informacji przemilczeć się nie da, należy wyrazić głębokie oburzenie, najlepiej skrajne i możliwie głośne, by przekonać nieprzekonanych, że raport archeologów do śledztwa nie wnosi niczego istotnego, ewentualnie – i być może ten etap dopiero przed nami – że archeologów nie tylko opłaciło Prawo i Sprawiedliwość, ale najpewniej Antoni Macierewicz z własnej kieszeni. A także – że wszyscy oni są notowani przez PRL-owską Służbę Bezpieczeństwa jako TW „Szperacze”.
A skoro tak, to nikogo, kto śledzi przebieg kolejnych polemik zespołu Macieja Laska z kolejnymi ujawnianymi opinii publicznej raportami czy ekspertyzami, nie powinna zdziwić i ta ostatnia. Tak jak nauczyciel w „Ferdydurke” Gombrowicza przekonuje uczniów, że „Słowacki wielkim poetą był”, tak pan Lasek powtarza kuranty, że wybuchu nie było, bo nie ma na jego potwierdzenie żadnych poszlak. A że fakty, w tym raport archeologów, mogą temu przeczyć – znamy to aż za dobrze: tym gorzej dla faktów.
Podobnie tragikomiczne reakcje stają się tradycyjnie już udziałem przedstawicieli mainstreamowych mediów. Red. Jacek Czarnecki z Radia Zet aż się za gotował na Twitterze, pisząc w kolejnych trzech wpisach (wszystkie w ciągu kilkunastu minut):
1. Marek Pyza bezczelnie kłamie w sprawie raportu archeologów, albo ktoś oklamuje jego a on głupoty pisze bez sprawdzenia faktow.
2. 20 tys kawałków samolotu to robi wrażenie na czyt. Dlaczego nie napisze że były to wszystkie znalezione szczątki, nawet nity/izolację.
3. Dlaczego Pyza nie ruszył tyłka i w paźdź/list 2010 nie pojechał do Smoleńsk, jak archeo tam pracowali, może dziś by nie fałszował rzeczywistości.
Cytuję te wpisy, bo jak w soczewce skupia się w nich „teflonowość” mainstreamu na jakiekolwiek wątpliwości co do prawdziwości ustaleń zespołów Anodiny, Millera i Laska. Każde z nich, choć różnią się od się od siebie w wielu kwestiach (obecność gen Błasika w kokpicie, znaczenie decyzji rosyjskich kontrolerów itd.) wywołują w prorządowych ekspertach i dziennikarzach jedną reakcję: gwałtowne przytakiwanie ze słowami „Tak, tak, tak właśnie było”. Katarzyna Kolenda-Zaleska przyznała wszak otwarcie i wcale nie tak dawno, że w sprawie przyczyn katastrofy w Smoleńsku wszystko zostało już ustalone i „żadne fakty tego nie zmienią”.
Wróćmy do wymownego przykładu red. Czarneckiego. We wpisie pierwszym, bez cienia uzasadnienia, zarzuca kłamstwo Markowi Pyzie, autorowi tekstu w tygodniku „w Sieci”. W drugim – sam kłamie, twierdząc, że Pyza manipuluje danymi. Gdyby Czarnecki dał sobie więcej czasu (być może na uważniejszą lekturę atakowanego przez siebie tekstu), dostrzegłby, że kompromituje się podwójnie. Bo jakże inaczej nazwać moment, w którym jeden dziennikarz bez żadnych przesłanek zarzuca drugiemu kłamstwo, samemu jednocześnie kłamiąc? „20 tys (ięcy – przyp. KF) kawałków samolotu to robi wrażenie na czyt. (elnikach – przyp. KF). Dlaczego nie napisze, że były to wszystkie znalezione szczątki, nawet nity/izolację” – pyta Czarnecki.
A oto fragment tekstu Pyzy: „W raporcie wielokrotnie pada stwierdzenie o „nadspodziewanie dużej liczbie znalezisk”. Łącznie natrafiono aż na 30 tys. i nie jest to liczba ostateczna! (…) Aż 2/3 z łącznej liczby 30 tys. znalezisk to fragmenty rozbitego samolotu (konstrukcja, poszycie, elementy stałego wyposażenia). (…) Fragmenty samolotu miały różną wielkość – od małych (1,5 x 2 cm), po nawet 40-centymetrowe. Do tego sporo nitów, śrub, podkładek, etc.”. Cóż, najwyraźniej dziennikarz Zetki o „nitach” czytał tylko „po łebkach”.
Trzeci wpis zawierający, jak trzeba, skrajne oburzenie, że Pyza „nie ruszył tyłka” i nie pojechał wzorem rosyjskich przyjaciół Ewy Kopacz przekopywać wspólnie z nimi ziemi na „metr w głąb”, dowodzi, że mainstream ma jednak z raportem archeologów poważny problem. Bo w czym zmieniałoby to obraz miejsca katastrofy usiany 20 tys. szczątków tupolewa i czy chociaż trochę rozjaśniałoby wątpliwości licznych ekspertów, czy samolot po uderzeniu w brzozę może rozbić się na ziemi na aż tyle fragmentów (tak, redaktorze Czarnecki, także nitów), gdyby z archeologami poleciał Marek Pyza? Chyba w niczym. Co innego, gdyby towarzyszył im któryś z prorządowych posmoleńskich ściemniaczy. Wtedy powiedziałoby się archeologom, że żadnego kopania nie będzie, bo pani Kopacz wszystko już przekopała własnymi rękami. I niczego ciekawego nie znalazła.
A poważniej – ile jeszcze takich dokumentów, jak opisany przez „w Sieci” raport archeologów zalega w przepastnych szafach, szufladach, teczkach i kieszeniach przeróżnych ciał badających przyczyny katastrofy smoleńskiej? Czy naprawdę trzeba dopiero międzynarodowej komisji, by po pierwsze – ujrzały światło dzienne, a po drugie – by zaczęto wyciągać z nich wnioski szersze niż te przyjęte już w kwadrans po katastrofie? By śledztwem smoleńskim nareszcie zajęto się na poważnie?

Krzysztof Feusette



 

Zaloguj się, by uzyskać dostęp do unikatowych treści oraz cotygodniowego newslettera z informacjami na temat najnowszego wydania

Zarejestruj się | Zapomniałem hasła