Janecki: Putin może się mścić na polskich politykach za wspieranie Ukrainy

opublikowano: 3 marca 2014

Zwariowałem albo oni powariowali – tak mógł pomyśleć każdy, kto w ostatnich dniach obserwował to, co robią i mówią prezydent Komorowski, premier Tusk i minister Sikorski. 

Zwariowałem albo oni powariowali – tak mógł pomyśleć każdy, kto w ostatnich dniach obserwował to, co robią i mówią prezydent Komorowski, premier Tusk i minister Sikorski. Skąd się wzięła „twardość” wobec Putina ze strony Donalda Tuska, a z kilkudniowym opóźnieniem również Bronisława Komorowskiego i Radosława Sikorskiego?

Zaledwie kilkanaście dni temu dla prezydenta Komorowskiego „legalnym” prezydentem Ukrainy był Wiktor Janukowycz. Z kolei Radosław Sikorski bardzo niedawno podpisywał porozumienie z Janukowyczem.

Postawa „odmienionego” premiera Tuska musiała budzić zdumienie tych wszystkich, którzy pamiętali jego dwa głośne i niezwykle agresywne sejmowe wystąpienia w styczniu 2011 r. oraz w kwietniu 2012 r. Donald Tusk zarzucił wtedy PiS, że ostro krytykując politykę rządu wobec Moskwy, a szczególnie ustępstwa w kwestii wyjaśniania katastrofy smoleńskiej, chce wypowiedzenia wojny Rosji. Przytakiwał mu szef MSZ Radosław Sikorski. Miało to być oczywiście skrajną aberracją PiS. Dziś Donald Tusk i Radosław Sikorski mówią znacznie ostrzej niż wtedy PiS, a krok za nimi podąża prezydent Komorowski.

Wydaje się dość oczywiste, że premier Tusk radykalizuje prezydenta Komorowskiego, który nie chce uchodzić za „beton”, skoro bardzo istotnie zmieniła się sytuacja i mówienie prawdy o Putinie nie jest już „paranoją”. Donalda Tuska (a pośrednio Radosława Sikorskiego) radykalizuje natomiast najpewniej przyzwolenie Angeli Merkel na zmianę frontu wobec Putina, bo nie ma raczej wątpliwości, że Tusk takie rzeczy z Merkel konsultuje. Dość twarde stanowisko prezydenta Obamy to dla premiera Tuska za mało.

Oczywiście radykalizacja prezydenta Komorowskiego, premiera Tuska i ministra Sikorskiego ma swoje obiektywne przyczyny: Putin najechał część Ukrainy, czyli Krym i realnie zagraża niepodległości całej Ukrainy, a więc pośrednio stanowi także bardzo poważne zagrożenie dla Polski. Ale ta radykalizacja to przede wszystkim ucieczka do przodu. Prezydent, premier i szef MSZ nie mogli nie zareagować ostro, bo straciliby w Polsce wszelką wiarygodność. Musieli też przykryć swoje wcześniejsze katastrofalne błędy. Oczywiście Polacy o tych błędach pamiętają, ale narracja jest taka, żeby nie przyznając racji PiS, wejść w buty tej partii. Czyli twierdzić, że PiS to radykałowie z definicji i zawsze, zaś PO oraz prezydent radykalizują się wyłącznie w wyniku realnego zagrożenia i niejako „punktowo”. To ma im dać przewagę i pokazać, że wcześniejsza uległość była racjonalna, żeby bez potrzeby nie drażnić Putina i nie stwarzać kłopotów gospodarczych, skoro jesteśmy uzależnieni od importu ropy i gazu z Rosji, a jednocześnie sporo tam eksportujemy.

Prezydent, premier i minister spraw zagranicznych zdają sobie sprawę z tego, że ich radykalizacja oznacza, iż Putin nie puści im tego płazem i będzie próbował się mścić. W takiej sytuacji lepiej być większym radykałem, bo i tak się oberwie, tylko skutki będą zupełnie inne i można to propagandowo wygrać. Jest właściwie pewne, że służby Putina będą chciały jakoś dezawuować Donalda Tuska, Radosława Sikorskiego i Bronisława Komorowskiego robiąc wrzutki, być może także w mediach, i to koniecznie poza Rosją, bo gdyby to się znalazło w rosyjskich mediach, osłabiałoby skuteczność takich działań.

Wrzutki nie muszą mieć żadnego związku z rzeczywistością. Nikt przecież nie wie, czy Putin rzeczywiście ma jakieś „kompromaty” (na polityków z różnych krajów), czy po prostu jego służby prowadzą tylko akcje dezinformacyjne i dezintegracyjne, co jest niejako rosyjską specjalnością. Wiadomo natomiast (choćby z raportów niemieckiej BND), że Rosja ma bardzo rozbudowaną agenturę w wielu krajach i jeszcze liczniejszą agenturę wpływu. I obie te agentury mogą niemal dowolnie inspirować do działań przeciwko osobom niewygodnym. A prawie nigdy przy akcjach dezinformacyjnych nie widać źródła lub wygląda ono na zlokalizowane w kraju, gdzie taka akcja jest prowadzona. Z punktu widzenia „ofiary” takich działań łatwiej jest je podważyć, gdy ma się naprawdę mocno „nagrabione” u Putina. Wtedy argument, że to zemsta brzmi po prostu wiarygodnie.

Najgroźniejszych wrogów reżimu Putina rosyjskie tajne służby po prostu eliminują. Tak było np. w wypadku byłego generała lotnictwa ZSRR, a potem prezydenta Czeczenii Dżochara Dudajewa (zabitego rakietą podczas rozmowy przez telefon komórkowy). Tak było w wypadku byłego podpułkownika KGB, a potem FSB Aleksandra Litwinienki (otrutego radioaktywnym polonem). Tak było też w wypadku byłego rosyjskiego generała, a potem polityka skonfliktowanego z Putinem – Aleksandra Lebieda (helikopter, którym leciał rozbił się, a on zmarł wkrótce w szpitalu).

Znalezienie się na liście wrogów Putina (a jest on wyjątkowo pamiętliwy) oznacza, iż właściwie nie zna się dnia ani godziny, kiedy można być narażonym na jakieś mniej lub bardziej ofensywne działania. Trzeba mieć świadomość, że skoro Putin wkroczył na wojenną ścieżkę i używa wojska oraz służb wszelakich, tym bardziej użyje prowokacji, przecieków i dezinformacji przeciwko tym, którzy mu podpadli. I będą one miały taki kształt, żeby nie dało się ich do końca zweryfikować.

Zobacz także: "Sieci": Pałac Putina


 

Zaloguj się, by uzyskać dostęp do unikatowych treści oraz cotygodniowego newslettera z informacjami na temat najnowszego wydania

Zarejestruj się | Zapomniałem hasła