Kontynent skarbów

opublikowano: 20 lutego 2014
Kontynent skarbów lupa lupa

Ula Lipińska wróciła z Berlina, gdzie przez dobre dziesięć dni nudziła się na Berlinale. Było ponoć wtórnie, sennie i bardzo azjatycko. Nie spodobał się Uli nawet nowy film George’a Clooneya „Obrońcy skarbów” – którego sama obsada kosztowała pewnie więcej niż roczny budżet, dajmy na to, Angoli.

Historię dzielnych, amerykańskich wojaków mających za zadanie odzyskać dzieła sztuki zrabowane przez nazistów w podbitych krajach zbyła machnięciem ręką i rzuconym od niechcenia: „słabizna”. Cóż, Ula zasadniczo jest recenzentem dość marudnym, ale „Obrońcy skarbów” faktycznie zbierają średnie oceny. I to właśnie odróżnia produkcję Clooneya od książki Lynn H. Nicholas „Grabież Europy” (wyd. Rebis) – rewelacyjnie napisanej historii losów dzieł sztuki w zamęcie II wojny światowej.

Rzecz zaczyna się właściwie wcześniej, w momencie dojścia nazistów do władzy i początkach wdzierania się totalitaryzmu w dokładnie każdy aspekt życia w Niemczech. Sztuka współczesna zostaje całkiem dosłownie zakazana. W muzeach i galeriach wystawiane są wyłącznie prace słuszne ideologicznie, artyści nieżydowskiego pochodzenia dostają zakaz tworzenia, z Żydami rzecz jasna nikt się nie patyczkuje. Choć… są wyjątki. Po zajęciu Holandii, wśród aresztowanych Żydów znalazł się wybitny historyk sztuki Max Friedlander. Gdy dowiedział się o tym Herman Goering, wysłał rozkaz następującej treści:
W związku z wielką wiedzą profesora Friedlandera na temat niemieckiego i holenderskiego malarstwa, marszałek Rzeszy życzy sobie, by pozostał on w Hadze i nie był niepokojony przez delegata do spraw kwestii żydowskiej.

I nie był – Friedlander pośrednio pomagał Goeringowi z wyborze najwartościowszych dzieł do jego prywatnej kolekcji.
I ten właśnie przypadek mówi wszystko o cynizmie nazistów. Z jednej strony zwalczano „zdegenerowaną” sztukę, z drugiej handlowano nią i zbijano prywatne fortuny. Zresztą w ogóle przez całą wojnę toczył się dość niezwykły wyścig Goeringa z Hitlerem. Obaj wysyłali do podbitych krajów swoich osobistych emisariuszy, by czym prędzej zgarnąć najcenniejsze skarby – jedyna różnica była taka, że Hitler-fanatyk, zbierał je dla wielkiego muzeum Rzeszy, Goering zaś - pełnokrwisty sybaryta, wyłącznie dla siebie. Łatwo sobie wyobrazić, że skoro takie rzeczy działy się na samych szczytach władzy, rabowanie i obrót dziełami sztuki przez pomniejszych oficerów i pracujących dla nich marszandów, był równie totalny jak ustrój państwa, a ich przywiązanie do ideologicznej wymowy dzieła, rozpadało się w pył, w zetknięciu z jego wartością rynkową.

Lynn H. Nicholas czuje się w tej plątaninie barbarzyństwa i zachłanności jak ryba w wodzie. Doskonałe są tu wątki exodusu bezcennych skarbów z miejsc ekspozycji, do podziemnych schronów czy jaskiń (Mona Lisa jechała karetką, a część dzieł z Ermitażu zaprzężoną w konie furą w pięćdziesięciostopniowym mrozie), jest precyzyjny i świetnie napisany rozdział o Polsce… Choć jednego amerykańska historyk zapomniała dodać. Mimo, że od zakończenia wojny minęło siedemdziesiąt lat, do naszego kraju wciąż nie wróciło ponad 80 tysięcy dzieł sztuki, m.in. prac Gierymskiego, Wyspiańskiego czy Matejki, ale też Rubensa, Rafaela, Rembrandta czy Dürera.

Co pan na to, panie Clooney?

Wojciech Lada



 

Zaloguj się, by uzyskać dostęp do unikatowych treści oraz cotygodniowego newslettera z informacjami na temat najnowszego wydania

Zarejestruj się | Zapomniałem hasła