List gończy premiera

opublikowano: 18 lutego 2014

Jeżeli już nawet Andrzej „Tak jest” Morozowski, robiąc za eksperta we własnej stacji TVN24, każde zdanie zaczyna od wielokrotnego „yyy… yyy… yyy…”, znak to niechybny, że mainstream płonie z wściekłości, a i władzy coś pali się pod nogami. Notowania PiS nie chcą gasnąć, mało tego – kolejne wizerunkowe porażki zalicza otoczenie premiera Tuska, a nawet on sam, stając się bohaterem niezliczonej masy memów kpiących z jego ostatnich wojaży. Tak, proszę państwa - to nie lemingi, to wilki.

Jest jednak dla rozhisteryzowanego mainstreamu bardzo dobra wiadomość: Naczelny Pijarowiec Kraju, a przy okazji także prezes Rady Ministrów dał w ostatnich dniach, i to bez krawata, doskonałą wprost wykładnię swojej niezwykłej, przedwyborczej aktywności.
Ja od 2007 roku gonię za prezesem, by go namówić do debaty – rzekł Donald Goniący Króliczka zakochanym w nim dziennikarkom.

Znowu cud, bo nastała jasność. Wiadomo nareszcie, co premier robił w sobotę rano na pogrzebie córeczki Bartłomieja Bonka, która, jak wiele wskazuje, zmarła wskutek lekarskiego błędu. Wiadomo, po co kręcił się w pobliżu kamer pod skocznią w Soczi, by relacjonować na żywo własne doznania podczas skoków Kamila Stocha. Wiadomo, co robił w towarzystwie ratowników z TOPR (czy teraz będą ratować tylko elektorat Platformy?), wykorzystując ich w kampanii wyborczej, choć i topiąc samego siebie zdaniem „Na was zawsze można liczyć”.

We wszystkich tych miejscach szef rządu uporczywie poszukiwał prezesa PiS, którego „goni od 2007 roku”. Tu wtręt osobisty: moim skromnym zdaniem, od tego akurat roku Tusk raczej nie goni, a ucieka, chociażby od odpowiedzialności swojej i swoich ludzi za niezliczone porażki na polu budowania dróg i mostów czy społecznego zaufania do polityków, organów państwa, sądów, wreszcie mediów.

No, ale przecież w tej kwestii zgadzać się z szefem rządu nie musimy. Osobiście jednak jestem wdzięczny, że łatwiej teraz będzie odpowiadać przeróżnym moherom czy ludziom, którym GW24 do życia nie wystarczy – cóż takiego robił polski premier przez ostatnie sześć lat. Już wiemy – gonił prezesa PiS, żeby z nim podebatować. Czy dlatego, że nie miał własnych pomysłów, czy po prostu aż taką ma na punkcie Jarosława Kaczyńskiego „zajawkę”, to nieważne. Ważne, że wiadomo nareszcie, po co tak dziwnie maskował się w Peru, czemu nie wracał z włoskich Dolomitów, gdy Anodina ujawniała swój żałosny raport, co sprawia, że do domu musi latać samolotem, a Tuskobus czeka w stałej gotowości. Premier po prostu szuka „Kaczora” wszędzie, skąd tylko pójdzie sygnał, że widziano tam chociażby kogoś do niego podobnego. W Soczi jeszcze się nie udało, ale w czasie kampanii wyborczej na pewno możemy spodziewać się lotu Donalda Tuska w kosmos.

A może już tam odleciał?

Krzysztof Feusette



 

Zaloguj się, by uzyskać dostęp do unikatowych treści oraz cotygodniowego newslettera z informacjami na temat najnowszego wydania

Zarejestruj się | Zapomniałem hasła