Minister Sienkiewicz zachowuje się jak ideowe dziecko bolszewizmu

opublikowano: 14 listopada 2013

Minister spraw wewnętrznych Bartłomiej Sienkiewicz nie mógł się rano w RMF FM zdecydować, czy państwo polskie zdało 11 listopada egzamin, czy też go nie zdało. Miotał się między optymizmem i poczuciem siły ("Państwo normalnie działa i w sytuacji, gdy ktoś łamie prawo, to go zatrzymuje") po poczucie bezradności ("Manifestantów od ogrodzenia dzieliły cztery metry - nawet gdyby tam był szpaler, to te petardy i ognie przelatywałyby tak czy inaczej", "Nikt nie byłby w stanie powstrzymać ludzi, którzy przekroczyli wszelkie normy cywilizacyjne i zaczęli rzucać przedmiotami na teren placówki dyplomatycznej").

Wieczorem wyjaśniło się, że optymizm był ślepą uliczką. Rząd uwierzył rządowym mediom, i wpadł w histerię. Poszły przeprosiny, zapowiedziano notę. Ambasador Rosji w Polsce nie na próżno więc cały dzień groźnie marszczył brwi. Gdy razem z polskimi redaktorami kolejny raz potępił warcholstwo, władze przeszły od stanu histerii do stanu drgawek. Nie sposób oprzeć się przy tym wrażeniu, że drgawki nie wynikają z obiektywnej oceny incydentu, ale są pochodną szerszej relacji władz w Warszawie i władz w Moskwie, być może w kontekście Smoleńska (więcej niż prawdopodobne haki na ekipę Tuska w Moskwie). Być może dlatego premier Tusk wyglądał wczoraj wieczorem, gdy mówił o "niedopuszczalnym akcie", na mocno rozbitego:

Władzy puszczają nerwy, choć po pierwsze nie powinny, a po drugie, zachowajmy miarę. Takie rzeczy zdarzają się (w stosunkach między państwami zdarzają się rzeczy gorsze, ostatnio - podsłuchiwanie przywódców państw zaprzyjaźnionych!) i jedno ubolewanie w zupełności by wystarczyło. Samobiczowanie się to już krok za daleko. Podobnie jak zbędne jest podkręcanie przez polskie władze skali incydentu (minister Sienkiewicz użył nawet słowa "atak", chyba zapominając, że nie jest już publicystą). To, że Rosjanie - wciąż niestety agresorzy w naszej części świata, na różnych polach i w różnych zakątkach - uwielbiają przyjmować rolę ofiar, to wiemy; po co im w tym pomagać?
Na marginesie: gdy "skrzywdzono" Rosję, okazuje się, że duma narodowa, reguły gry i prestiż państwa mają znaczenie, i że za poniżenie należy się zadośćuczynienie. Czy ta zasada dotyczy jednak Polski? Ciekawe, co "Wyborcza" mówiłaby Polakom, gdyby analogiczne zdarzenie miało miejsce w Moskwie i dotyczyło polskiej ambasady? W którym kierunku popychałaby rząd? Ku ostrej reakcji czy ku przemilczeniu sprawy? Odpowiedź jest oczywista.
Minister Sienkiewicz igra zresztą z ogniem. Im większym skandalem okaże się incydent przy ambasadzie, tym większa będzie plama na jego dorobku, tym szybciej załamie się jego kariera polityczna. Chyba to przeczuwa, bo szuka kół ratunkowych. W przypadku obozu władzy koło jest zawsze to samo: atak na PiS. Minister Sienkiewicz huknął więc: "Lepiej, żeby PiS zamilczał, bo tak naprawdę wczoraj na ulicy to były jego ideowe dzieci". Co prawda PiS ostentacyjnie z imprezy się wycofał, ale ministrowi to nie przeszkadza. Minister zachowuje się jak ideowe dziecko bolszewizmu, które wszędzie widzi rękę imperialistów: i w Poznaniu, i na Wybrzeżu, i na pustych półkach też. Za chwilę oskarży PiS o rzekome, słynne "pobicie" rosyjskich handlarzy na Dworcu Wschodnim w Warszawie na początku lat 90. Co prawda PiS wtedy nikomu się nawet nie śnił, ale minister tak kreatywny jakieś obejście problemu wynajdzie. Już widzimy, że jest naprawdę dobry z dialektyki.
Słowa o "ideowych dzieciach PiS" są w kontekście 11 listopada bardzo ważne. Przeczucia mieliśmy słuszne: władza zastawiła pułapkę na główną partię opozycyjną. Celem było wciągnięcie PiS w burdy, rozhuśtanie emocji, i być może jakieś sankcje prawne, dalsze zaostrzenie reguł gry, powrót do haseł w stylu "opozycji antypaństwowej", "rokoszu" itp. Coś jednak poszło nie tak. Może PiS wycofał się zbyt późno, i maszynerii nie udało się już zatrzymać? Może zagrały jakieś frakcje w resortach siłowych, które przy premierze Tusku przestały czuć się bezpiecznie i chcą nowego rozdania, a których minister Sienkiewicz nie opanował? W każdym razie "Krzyżacy" znów wpadli w wykopane przez siebie doły. Bo akurat Rosjan władza - ta główna władza - ruszać na pewno nie chciała.
Władzy pozostało nędzne sztukowanie, bajania o "ideowych dzieciach PiS", i poczucie, że minister Sienkiewicz jedynie wydawał się być profesjonalistą od wielopiętrowych kombinacji. Poczucie zapewne obecne także w głowie premiera Tuska, który w nowym ministrze pokładał tak wielkie nadzieje na ocalenie. I znów pozostaje szefowi rządu tylko jedna nadzieja: ta berlińska.

Jacek Karnowski



 

Zaloguj się, by uzyskać dostęp do unikatowych treści oraz cotygodniowego newslettera z informacjami na temat najnowszego wydania

Zarejestruj się | Zapomniałem hasła