Owczy pęd Niemców do… samolikwidacji

opublikowano: 24 marca 2016
Owczy pęd Niemców do… samolikwidacji
fot.PAP/EPA

Jeśli oprzeć się na treściach transparentów z demonstracji ruchu Pegida (Patriotyczni Europejczycy przeciw Islamizacji Zachodu/Patriotische Europäer gegen die Islamisierung des Abendlandes), przeciętni Niemcy mają dość przekształcania ich kraju w „republikę islamską”. Czyją się zagrożeni. Czy słusznie? Problemy wynikające z napływu muzułmańskich imigrantów występowały na długo przed dzisiejszą falą muzułmańskich uchodźców.

W klasie jednej z berlińskich szkół jest tylko czterech rdzennych Niemców i ponad dwadzieścioro dzieci imigrantów - alarmuje stołeczny dziennik. W skali makro, wedle oficjalnych danych, sytuacja wygląda następująco: w 2015r. przybyło w RFN 325 tys. dzieci objętych tzw. obowiązkiem szkolnym, bez względu na ostateczny rezultat procedury azylowej ich rodziców. Związki nauczycieli apelują: potrzeba nam natychmiast 8 tys. nauczycieli, a docelowo, przy utrzymaniu się obecnej tendencji, nawet do 50 tys. pedagogów. Czym zakończy się ta lekcja dla kandydatów na nowych obywateli RFN, dla samych Niemców i dla całej Europy?

Wbrew pozorom, problem z muzułmańskimi imigrantami nie jest w Niemczech niczym nowym. „Jaka jest różnica między Turkiem a jeleniem? Przed jeleniem widać na jezdni ślady hamowania”, brzmi jeden ze starych, niemieckich dowcipów, że nie wspomnę o ściennych „graffiti” w rodzaju: „Türken raus!”. Przybysze znad Bosforu nie cieszyli i nie cieszą się w RFN sympatią, co potwierdzają liczne sondaże. Jeden z nich, z udziałem 20 tys. młodych ludzi, przeprowadzono pięć lat temu, na okoliczność wizyty wówczas premiera (od 2014 r. prezydenta Turcji) Recepa Tayyipa Erdoğana.

Rezultat był zatrważający. Jak podsumował dyrektor Christian Pfeiffer z Dolnosaksońskiego Instytutu Badań Kryminologicznych (KFN): „Turcy są najbardziej nielubiani ze wszystkich imigrantów w RFN - lepiej przyjmowani są nawet czarnoskórzy uchodźcy z Afryki”. Niemców irytuje turecka „kultura macho” i nie chcą mieć ich za sąsiadów. Antypatia jest obustronna: co czwarty Turek wyznał, że lżył Niemcom, niemały był tez odsetek tych, którzy przyznali się do uczestniczenia w bójkach z Niemcami i świadomego niszczenia ich mienia.

Niemcy narzekają, że nie czują się już jak we własnym domu, zaś niemieccy Turcy, że czują się obywatelami gorszej kategorii. Między Odrą a Renem zrobiło karierę określenie: „islamski mobbing”. Za przykład może posłużyć medialnie ograne wyrzucenie z pracy 59-letniej nauczycielki Ursuli E. z Betzdorfu, która omyłkowo podała na obiad tureckiemu uczniowi kotlet z wieprzowiny. Danie to otrzymali wszyscy. Dla Ünala K. przygotowano specjalnie kotlet drobiowy. Choć nauczycielka dostrzegła swą pomyłkę, przeprosiła dziewięciolatka i zamieniła mu talerz na właściwy, następnego dnia do sekretariatu przybyli tłumnie tureccy rodzice, którzy zażądali… wydalenia Ursuli E. ze szkoły. Ich życzenie zostało spełnione.

Równie głośnym echem odbiło się stworzenie „mini-republiki islamskiej” w biurowcu przy placu Ernsta Reutera w Berlinie. Muzułmański właściciel tego budynku opracował specjalną klauzulę, zgodnie z którą każdy, kto chciał wynająć lokal w tym obiekcie o łącznej powierzchni 6 tys. m. kw. musiał podpisać zobowiązanie, iż będzie przestrzegał zasad jego religii. W przypadku obiektów użytkowych jest to zgodne z niemieckim prawem. Notabene, niemieckie sądy od dawna wydają wyroki w oparciu o szariat. Pewna Marokanka, zgodnie z sędziowskim orzeczeniem, musiała podzielić się rentą po mężu z jego drugą żoną. „Normy islamu w prawie rodzinnym i spadkowym praktykowane są przez nas od lat”, potwierdził w naszej rozmowie profesor-jurysta Hilmar Krüger.

„Islam należy do Niemiec”, mawiał eksprezydent Christian Wulff, który stracił urząd w 2012 r. na skutek, oględnie mówiąc, słabości do różnorakich grantów. Jakim grantem jest dla Niemców napływ wyznawców Allaha? Mówiąc wprost, cudzoziemcy to tania i niezbędna siła robocza do wykonywania prac, do których sami Niemcy się nie garną. Kiedyś byli to Grecy, Włosi, Hiszpanie, Portugalczycy czy Polacy. Ci jednak nie stwarzali większych problemów. Po pierwsze, wywodzili się z chrześcijańskiego kręgu kulturowego, po drugie, zazwyczaj wracali do swych ojczyzn.

Osiedleni w RFN na stałe stanowią relatywnie mały odsetek i wtopili się w niemieckie społeczeństwo. Muzułmanie zaś są „nieintegrowalni”, o czym najlepiej można przekonać się odwiedzając zdominowane przez napływowych Turków berlińskie dzielnice Neukölln i Kreuzberg, nazywane „małym Stambułem”, gdzie nawet policjanci boją się interweniować w pojedynkę. Pominąwszy różnice kulturowe i drastyczne przykłady tzw. mordów honorowych, statystyki dotyczące „Türkendeutsche” mówią same za siebie: szacowani na 3 mln imigranci z tureckimi korzeniami wyróżniają się na tle Niemców wyższym bezrobociem, częstszym korzystaniem z zasiłków socjalnych i zapomóg, niższym poziomem wykształcenia oraz wzmożoną przestępczością. Wielu Turków żyjących w RFN w drugim, a nawet w trzecim pokoleniu posługuje się łamaną niemczyzną…

Przeciętni Niemcy znaleźli się między młotem a kowadłem. Młotem jest „Willkomenspolitik” kanclerz Angeli Merkel, a także po części jej poprzedników - poprawność polityczna, bo komu jak komu, ale Niemcom, z uwagi na ich brunatną historię, głupio mówić o konieczności obrony ich kraju i Europy przed islamskim tsunami. Urabiane społeczeństwo ma jednak tej poprawności politycznej powyżej dziurek od nosa. Nie mam tu na myśli nawet wzrostu popularności i lokalnych sukcesów wyborczych nowej, populistycznej partii Alternatywy dla Niemiec, ani antyislamskich demonstracji ruchu Pegida - negatywne nastawienie Schmidtów i Millerów do muzułmanów było widoczne od dawna, poczynając od zamachu na nowojorskie World Trade Center i późniejszych ostrzeżeń wywiadu USA przed zamachami przygotowywanymi przez muzułmańskich bojowników na berliński Dworzec Główny, Bramę Brandenburską i wieżę telewizyjną.

W oczach szarych obywateli islam znaczy dziś tyle, co terroryzm, w czym upewniają ich m.in. różnorakie, niezbyt eksponowane przez media meldunki, jak np. ujawnienie, że zamach na WTC przygotowywany był m.in. przez islamskich rezydentów w notabene zamkniętym po późniejszej interwencji BND (niemiecki wywiad) meczecie al Kuds w hamburskiej dzielnicy St. Georg, czy „niemiecki ślad” w ostatnich, krwawych zamachach w Brukseli.

Wymowną ilustracją społecznych nastrojów była prezentacja książki napisanej przez niegdyś berlińskiego senatora z ramienia socjaldemokratów (sic!) Thilo Sarrazina w 2010 roku. Jego 464. stronicowy wywód pt. „Samolikwidacja Niemiec” można streścić w jednym zdaniu: polityka integracyjna w RFN to pic na wodę. Jego zdaniem, z powodu imigrantów Niemcy „biednieją i głupieją”, przed czym powinni się bronić. Na przedstawienie tej książki przybyły ekipy telewizyjne z całego świata, włącznie z arabską Al Jazeerą.

Sala Bundespressekonferenz w Berlinie pękała w szwach. Na zewnątrz protestowała garstka, bo zaledwie około dwustu zdegustowanych. Książka Sarrazina, choć kosztowała niemało, bo w przeliczeniu prawie sto złotych, rozchodziła się jak ciepłe bułki, jej nakład wzrósł kilkunastokrotnie, a autor tego rynkowego bestsellera stał się milionerem. „Musimy pokazać, kto w Niemczech jest panem domu!”, zakończył Sarrazin w Wiesbaden jedno z wielu spotkań z czytelnikami, którzy nagrodzili go wielka owacją.

„Gdy ktoś, kim się brzydzę mówi, że ziemia jest okrągła, ja przyznaję - tak, jest okrągła, a ty mimo to jesteś dupkiem”, reagował Sarrazin na imputowane mu sympatie do ugrupowań neonazistowskich. Życie wykazało, że w dużej mierze miał rację, bowiem wytykany przez niego strach przed otwartą debatą na temat imigrantów zaowocował wzrostem znaczenia populistów ze skrajnej prawicy, m.in. w Austrii, Holandii we Francji, a ostatnio w także Niemczech.

Ale, niezależnie od wymuszanej na mediach, jak po sylwestrowych ekscesach w Kolonii i nie tylko, debata już się toczy jak śniegowa kula, coraz więcej niemieckich polityków partii różnego kolorytu domaga się interwencji własnego państwa i Europy w obronie przed utratą jej chrześcijańskiej tożsamości.

Rozgorzała dziś w Polsce dyskusja na temat idealizowanego wcześniej w Niemczech społeczeństwa multikulturowego, w którym sąsiad katolik, czy ewangelik wymienia uśmiechy z muzułmańskim sąsiadem zza płotu, przetoczyła się przez RFN jeszcze za rządów czerwono-zielonej koalicji (SPD-Zielonych) kanclerza Gerharda Schrödera. Od tego czasu grupa rzeczników „multikulti” systematycznie topnieje.

Przewodniczący partii liberałów (FDP) Christian Lindner otwarcie zażądał ustanowienia obowiązku posługiwania się wyłącznie językiem niemieckim na szkolnych korytarzach, zaś była minister do spraw rodziny (do 2013r.) Kristina Schröder z partii Merkel (CDU), nie omieszkała poskarżyć się publicznie na dyskryminację… Niemców. Jak stwierdziła, doznała „wrogości ze strony imigrantów” na własnej skórze, którzy w dyskusjach o islamie nazywali ją „niemieckim wycierusem”. Szef współrządzącej partii CSU, premier Bawarii Horst Seehofer chwali się, że to dzięki niemu kanclerz Merkel zweryfikowała swą dotychczasową „Willkomenspolitik” wobec napływu muzułmanów. O poprawności politycznej zapomniał nawet były rzecznik polityki wewnętrznej frakcji chadeków (CDU/CSU) w Bundestagu Hans-Peter Uhl, który dorzucił, że „tolerancja ma granice” i „islam nie może być siłą kształtującą niemiecką kulturę”.

Na antyislamskiej fali pojawiają się różnorakie pomysły uzdrowienia sytuacji, jak np. szefa Niemieckiego Związku Filologów Heinza-Petera Meidingera, który postulował wprowadzenie grzywny za używanie języków obcych przez uczniów na szkolnych korytarzach, czy lewicowego burmistrza Neukölln Heinza Buschkowsky’ego (SPD), który zaproponował wprowadzenia mundurków, jako sposób na „załatwienie sprawy” chust noszonych przez uczennice wyznania islamskiego. Naiwne sugestie zielonych pacyfistów i lewaków dotyczące przyznania muzułmanom takiego statusu jak kościołom chrześcijańskim oraz wprowadzenia nauki islamu w szkołach trafiają na coraz silniejszy opór w ich własnych partiach.

Liczbę wyznawców Allacha szacuje się obecnie w RFN na ponad 6 mln. Wedle sondażu Emnid-Institut, trzy czwarte Niemców uważa, że nie są oni zdolni do pełnej integracji, zaakceptowania niemieckiej konstytucji i równouprawnienia kobiet. Potwierdziły to wnikliwe badania naukowe, np. Elmara Brählera i Olivera Deckera z Uniwersytetu w Lipsku, które wykazały, że jedna czwarta Niemców ma wrogie nastawienie do imigrantów, jedna trzecia twierdzi, że jest ich za dużo i wolałoby żyć w kraju bez muzułmanów, a dwie trzecie sądzi, że należałoby ograniczyć muzułmanom swobodę praktyk religijnych. W opinii autorów tego opracowania, to „dramatyczny trend”. Rzecznik rządu federalnego Steffen Seifert przyznał, iż wyniki tych badań okazały się „dość zatrważające”.

Kanclerz Merkel, inicjatorka nowej fali islamskich imigrantów, która swą nieodpowiedzialną samowolą zburzyła dotychczasowy porządek we własnym kraju i w całej Europie, co postawiło pod znakiem zapytania nie tylko układ z Schengen, lecz spójność Unii Europejskiej, ma dziś wybór między dżumą a cholerą. Co więcej, nie jest to problem wyłącznie Niemiec, muszą się z nim obecnie zmierzyć wszyscy członkowie wspólnoty, w tym Polska. I, jakkolwiek to zabrzmi, muszą pomóc Merkel w znalezieniu sensownego rozwiązania.

Jeszcze przed napływem ponad miliona islamskich uchodźców do RFN, trzy czwarte ludności republiki odrzucało przyjęcie kraju Atatürka do UE, spośród wyborcówCDU/CSU przeciw opowiedziało się nawet 82 proc. obywateli. Do tej pory rząd Merkel, podobnie jak jego poprzednicy, byli hamulcowymi tego procesu. Mimo toczących się od dziesięcioleci negocjacji akcesyjnych, obowiązującą wykładnią polityki Berlina było „uprzywilejowane partnerstwo” Turcji z UE, co dla Ankary było nie do przyjęcia. Dziś prezydent Erdoğan świeci triumfy: poprzez imigracyjny szantaż zyskał, prócz kasy na powstrzymanie setek tysięcy imigrantów na granicy wspólnoty, obietnicę przyspieszenia procesu pełnej integracji swego kraju z UE.

Ów „kompromis” niczego jednak nie załatwia, jest jak leczenie zapalenia płuc tabletkami na ból głowy. Europa nadal stoi przed fundamentalnym zadaniem ochrony własnej tożsamości. Kolejne, być może większe problemy są wręcz zaprogramowane. Jeśli nawet przyjąć, że z uwagi na zaniedbany przyrost demograficzny w wielu państwach wspólnoty potrzebne będzie posiłkowanie się imigrantami spoza naszego kontynentu, Europa musi wyleczyć się z mrzonek o multikulti. Integracja islamskiej ludności nie bowiem jest ulicą jednokierunkową.

Pytanie: co dalej? - wciąż pozostaje bez odpowiedzi. A „dalej” jest tylko jedno wyjście: jeśli wspólnota chce uniknąć przekształcenia się na powrót w twierdze narodowych interesów państw członkowskich UE, musi w trybie pilnym ustanowić jasne, konkretne zasady doboru imigrantów, wedle własnych potrzeb, zgodnie z własnymi, w tym kulturowymi prerogatywami.

W cywilizowanym świecie to nic nowego, że wspomnę tylko wizową zaporę USA, wzorzec kanadyjski, czy klucz stosowany w Australii. Bez tego, po latach spokoju, Europa będzie narażona na kolejne wstrząsy samospełniającej się dziś przepowiedni amerykańskiego politologa Samuela Huntingtona, zawartej w słynnym z 1993 r. artykule w „Foreign Affairs” o „Zderzeniu cywilizacji”. Zaiste, ponura przyszłość…

 

Piotr Cywiński




 

Zaloguj się, by uzyskać dostęp do unikatowych treści oraz cotygodniowego newslettera z informacjami na temat najnowszego wydania

Zarejestruj się | Zapomniałem hasła