Pan prezydent Komorowski jest na Polaków zły

opublikowano: 7 lipca 2015
Pan prezydent Komorowski jest na Polaków zły lupa lupa
fot. PAP/Jacek Turczyk

Gdy wchodziłem dziś do naszej redakcji z telewizora dobiegł mnie głos Bronisława Komorowskiego. Jak zawsze - łajający, pouczający, nakazujący poprawę. I natychmiast człowieka dołujący.

 

CZYTAJA na koniec kariery… gorzkie żale. Bronisław Komorowski: „Daliśmy sobie wmówić, że Polska nie jest krajem sukcesu. To dla mnie szczególne bolesne…”

To jest tak charakterystyczne, że rozpoznawalne po jednym już słowie, ba, po sylabie. Po pięciu latach medialnego tresowania moje (i pewnie nie tylko moje) uszy perfekcyjnie to wyłapują, a mózg rejestruje, że pan prezydent nadal wydaje się być mocno niezadowolony z narodu, że pan prezydent jest na nas wszystkich, którzy wraz z nim nie chcą zatopić się w egoistycznym samozadowoleniu i samochwalstwie, bardzo zły.

Im bliżej końca sprawowania urzędu przez Komorowskiego tym więcej u niego takiej czystej złości na Polaków. Zastanawiam się, jak ktoś z takim podejściem do własnego narodu, z taką niechęcią do własnych wyborców, ich trosk i smutków, mógł tak długo uchodzić za polityka nie do pokonania? I czy gdyby nie tragedia smoleńska, w cieniu której przejął władzę, mógłby w ogóle wdrapać się tak wysoko? Czy bez potwornego zdeformowania świata mediów byłoby to możliwe?

Uderza też intelektualna płycizna tych wszystkich jego wywodów. Maniakalne przywoływanie poziomu roku 1989 jako jedynego możliwego punktu odniesienia dumnego i ambitnego narodu. Nieuczciwe przypisywanie wszystkich żali, klęsk i smutków nieudacznictwu, jednoczesne cyniczne zrównywanie woli zmiany, pragnienia innej jakości, z frustracją i zemstą. W sumie horyzont marzeń i możliwości jakie dopuszcza(ł) pan prezydent, okazał się dramatycznie wąski. Nic dziwnego, że ,mimo ogłuszającej propagandy, większości Polaków zrobiło się w rysowanych przez Komorowskiego granicach zbyt ciasno i za duszno.

Ale też i on sam zderzony z normalną (i przecież nie w największych mediach) krytyką i wyzwaniami zwykłej kampanią wyborczej bardzo zmalał. Potrafił tylko zwiększać presję propagandową i jeszcze bardziej krzyczeć. Nadal zresztą zdaje się wierzyć, że to jedyna metoda rozmowy z Polakami.

Oto w pierwszym po przegranej wywiadzie prasowym (dla „Polityki”) skarży się, że Kościół miał mu za złe podpisanie tzw. Konwencji o przemocy w rodzinie, w rzeczywistości będącej konwencją o promocji skrajnie lewackiego myślenia kulturowego w polskim prawie rodzinnym. Co ciekawe, nawet nie zaprzecza, że rozumie iż taki właśnie charakter - wrogi Kościołowi - ma ten dokument. Ma jednak wyraźny żal, że to wyszło na jaw, że nie dało się tego zagłuszyć pokrzykiwaniem o konieczności walki z przemocą czy wezwanym na pomoc arcybiskupem seniorem z Gdańska. Podobnie jest ze sprawą jego związków z WSI. Ma pretensje, że mu to zaszkodziło. Ale w samym promowaniu ludzi tych ciemnych służb, nie widzi nic złego, nawet się tego nie wypiera.

Ale w tamtym wywiadzie tlił się przynajmniej jakiś ślad próby autorefleksji. Dziś znowu wraca do pokrzykiwania o krainie szczęśliwości i pouczaniu tych, którzy światłości nie dostrzegają. Wygląda na to, że pan prezydent długo jeszcze będzie zły na Polaków. A im mniej w nim prezydenckiego otoczenia, tym bardziej ponuro to wygląda. Jeszcze trochę takim kursem, a z wyborem na senatora też będzie problem.

 

Michał Karnowski



 

Zaloguj się, by uzyskać dostęp do unikatowych treści oraz cotygodniowego newslettera z informacjami na temat najnowszego wydania

Zarejestruj się | Zapomniałem hasła