Skwieciński: Co w duszy gra Platformie

opublikowano: 10 lutego 2015
Skwieciński: Co w duszy gra Platformie lupa lupa
Fot. PAP/Rafał Guz

Projekt nowej ustawy o związkach, przygotowany przez Jarosa i jego kolegów, jest de facto propozycją likwidacji działalności związkowej.

Poseł Platformy Michał Jaros uchylił w „GW” rąbka raportu o kosztach funkcjonowania związków zawodowych” oraz projektu nowej ustawy o związkach, przygotowywanych przez zdominowany przez parlamentarzystów z jego ugrupowania sejmowy zespół ds. wolnego rynku.

Ciekawa to lektura. Posłowie partii rządzącej zebrali dane, ile kosztuje przedsiębiorstwa funkcjonowanie związków – czyli przede wszystkim płace etatowych działaczy, a także koszty użytkowanych przez związki pomieszczeń. Wyszło im, że w skali kraju jest to ponad 250 milionów złotych rocznie. W samym PGNiG – 10 milionów, a w Polskim Holdingu Obronnym – dwa miliony. Imponujące kwoty.

Tyle że Jaros zapomniał przy okazji podać, a dziennikarze „Wyborczej” – spytać, jaki jest to odsetek rocznego funduszu płac – w skali kraju i tych przedsiębiorstw. Nic w tym zresztą nowego. Kiedy czytamy lamenty menedżerów oraz bisujących im mainstreamowych dziennikarzy na temat „zdemoralizowanych i szkodzących gospodarce związkowców”, dosłownie nigdy nie przedstawia nam się tych danych. Nieprzypadkowo. Bo te „wielkie” pieniądze, które na mocy obecnego prawa nieszczęśni przedsiębiorcy zmuszeni są wypłacać związkowcom, stanowią z reguły promile (albo mniej) całego funduszu płac. To jest odsetek po prostu nieistotny, pomijalny.

Ale rzecz jasna te związkowe etaty bardzo dobrze nadają się jako broń przeciw organizowaniu się pracowników. Ludzie to słyszą, i wtedy niektórzy zaczynają zazdrościć, na zasadzie „nie robi, a mu płacą! Też bym chciał. Zabrać mu!”. A inni łykają podane im – astronomiczne dla nich – kwoty i są przekonani, że mamy do czynienia z jakimś istotnym obciążeniem, blokującym rozwój firm a przez to niszczącym gospodarkę. Gdyby wiedzieli, że mowa jest o tysięcznych częściach funduszu płac, może by tak nie pomyśleli, bo absurd takiej sugestii uderzyłby ich wtedy po oczach. Więc po co mają zdać sobie z tego sprawę? Lepiej trzymać ich od tej wiedzy z daleka.

Projekt nowej ustawy o związkach, przygotowany przez Jarosa i jego kolegów, jest de facto – choć poseł oczywiście twierdzi, że jest inaczej – propozycją likwidacji działalności związkowej. Zakłada bowiem zdjęcie z „pracodawców”(w cudzysłowie, bo nie lubię tego słowa – zafałszowuje ono rzeczywistość, gdyż sugeruje że ktoś komuś pracę „daje”, tymczasem biznesmen owej pracy nikomu nie daje, tylko ją od pracownika kupuje; to ważna różnica, gdyż „dawać” kojarzy się z działaniem dobroczynnym) wszelkich kosztów funkcjonowania związków. Projekt likwiduje związkowe etaty. Niech sobie związki płacą działaczom same, ze składek. Jest oczywiste, że oznaczałoby to bardzo drastyczne zubożenie organizacji pracowniczych, a w związku z tym równie radykalne zmniejszenie ich możliwości działania. W dodatku owych składek związki nie będą mogły, jak teraz, pobierać mechanicznie za pośrednictwem księgowości firmy. Niech się działacz namęczy, niech każdego pierwszego pogania z kapeluszem od jednego do drugiego członka organizacji, albo niech skłoni ich do wystawienia w banku zlecenia stałego przelewu… Ideałem (i nieuchronnym efektem) będzie sytuacja, w której związek suma składek się zauważalnie zmniejszy, a w dodatku związek nigdy nie będzie mógł być pewny, ile pieniędzy spłynie do niego danego miesiąca. Jeden członek da, drugi nie da, bo akurat kupił pralkę. No i jeszcze trzeba, rzecz jasna, zabrać związkom lokale na terenie zakładów. I opłacane przez „pracodawcę” telefony.

Zrealizowane, te propozycje oznaczają de facto cofnięcie związków zawodowych do stanu swego rodzaju partyzantki. Niemalże ich likwidację. Jaros udaje, że nie o to chodzi, zapowiada „na drugą nogę” jakieś nieskonkretyzowane ułatwienia dla zakładających związki w prywatnych firmach, wzięcie ich pod realniejszą ochronę prawa (teraz często są szykanowani i wyrzucani). Nie wierzę, żeby mówił to w dobrej wierze. Musi bowiem zdawać sobie sprawę z tego, że gdyby zrealizowano pierwszą część jego propozycji, to owi zakładający nie mieliby już tak naprawdę żadnego oparcia w istniejących związkach. Bo stałyby się one cieniem obecnych (a obecnie polskie organizacje pracownicze są i tak cieniem tych z zachodniej części kontynentu).

Dopowiedzmy, że wtedy oczywiście (bo już niczym by to nie groziło) nastąpiłby atak na płace Polaków. W efekcie albo nastąpiłaby rewolta, albo praca w naszym kraju stałaby się jeszcze tańsza niż jest (a jest bardzo tania, jej cena rośnie nieproporcjonalnie do – przypomnijmy - trwającego od lat wzrostu wydajności). Co oznaczałoby jeszcze większą emigrację. Jeszcze szersze niż dotąd odejście „pracodawców” od prób przestawienia przedsiębiorstw na ścieżkę innowacyjności (no bo niby po co…?). I w efekcie – jeszcze silniejsze niż dotąd zakotwiczenie Polski w grupie krajów trwale peryferyjnych. Nie wiem, czy zostanie podjęta próba rzeczywistego przeforsowania tych pomysłów. W roku wyborczym raczej nie, trochę to ryzykowne byłoby. A potem się zobaczy…

Ale mimo to, jak napisałem na wstępie – lektura propozycji zdominowanego przez posłów PO zespołu jest ciekawa. Platforma Obywatelska w ciągu ostatnich lat w jakiejś mierze porzuciła swoje pierwotne oblicze partii agresywnego gospodarczego liberalizmu. Ale uczyniła to nie na skutek rzeczywistej zmiany poglądów, ile w wyniku stałej konfrontacji z PiS-em. Pamiętając bardzo dobrze, że w 2005 roku to hasło obrony „Polski solidarnej” przed „Polską liberalną” zabrało jej zwycięstwo.

Lektura propozycji zespołu Jarosa jest pouczająca, pokazuje bowiem dobrze, w którą stronę tak naprawdę skłaniają się platformerskie serca. Jaki jest naturalny sposób myślenia działaczy tej partii. Co tam w duszy gra.

I jaką Polskę by próbowali stworzyć, gdyby nie ciągle wiszący nad nimi bat.

Piotr Skwieciński



 

Zaloguj się, by uzyskać dostęp do unikatowych treści oraz cotygodniowego newslettera z informacjami na temat najnowszego wydania

Zarejestruj się | Zapomniałem hasła