Warzecha o mediach publicznych

opublikowano: 2 stycznia 2016
Warzecha o mediach publicznych
fot. wPolityce.pl

Możliwe też oczywiście, że pan Dąbrowa to Konrad Wallenrod PiS, ponieważ trudno o lepsze uzasadnienie potrzeby zmian w publicznych mediach niż jego groteskowy gest.

Jeden z moich znajomych jest szefem podlegającej rządowi instytucji. Zajmuje to stanowisko już od kilku lat, ale instytucja należy do tych nielicznych, które w żaden sposób nie są wciągnięte w polityczny konflikt. To wynika z jej zadań i jej natury. On sam jest osobą szerzej nieznaną. Nie bryluje w mediach.

 

Niedawno spytałem go, czy spodziewa się dymisji. Odpowiedział: „Nie mam takich sygnałów. Ale nie mam też z tym problemu. Doskonale rozumiem, że nowa władza może mieć na to miejsce kogoś innego. Takie jest jej prawo. Byle tylko mój następca zachował ciągłość instytucjonalną”.

 

To bardzo dziś rzadka, elegancka postawa, cechująca prawdziwych państwowców. Wielu ma z tym jednak problem ogromny, jak choćby Kamil Dąbrowa, szef Programu I Polskiego Radia, który zarządził na kierowanej przez siebie antenie groteskowy protest przeciwko nowej ustawie medialnej, polegający na nadawaniu polskiego hymnu i „Ody do radości”. Pan Dąbrowa, kiedyś w Tok FM, wsławił się między innymi tym, że zaraz na początku swojego urzędowania ograniczył południową transmisję hejnału z wieży Kościoła Mariackiego w Krakowie do jednego sygnału, a dziś uznał najwyraźniej, że Program I to jego prywatne radio. Swoim „protestem” postawił w wyjątkowo niezręcznej sytuacji tych pracowników rozgłośni – dziennikarzy, wydawców, realizatorów – którzy chcą po prostu wykonywać swoją pracę, a polityczne namiętności pana dyrektora są im obce. Możliwe zresztą, że Kamil Dąbrowa swym niemądrym gestem chce zrobić to, na co nastawia się wielu jemu podobnych w publicznych mediach, a czego wzór dał Tomasz Lis: zanim stracą stołki i programy, dorobić sobie odpowiednią legendę „obrońców demokracji” i z tą że legendą znaleźć następnie wygodne miejsce w którejś z prywatnych stacji.

 

Możliwe też oczywiście, że pan Dąbrowa to Konrad Wallenrod PiS, ponieważ trudno o lepsze uzasadnienie potrzeby zmian w publicznych mediach niż jego groteskowy gest.

 

Podstawowe pytanie i wątpliwość, jakie się dziś pojawiają, brzmi: czy odejście od metody konkursowej i powoływanie szefów mediów bezpośrednio przez ministra skarbu nie jest brutalnym upolitycznieniem tychże? Otóż – nie. Nie jest to jednak także „dobra zmiana”, a nawet nie jest to zmiana w ogóle. Polskie media publiczne były zawsze upolitycznione, a konkursy były w 90 procentach przypadków czystą fikcją. Włącznie z tymi dotyczącymi najwyższych stanowisk. Pisząc o zmianie ustawy o służbie cywilnej, stwierdziłem, że PiS postanowił niestety usankcjonować patologię zamiast próbować ją naprawić. W wypadku mediów publicznych sprawa nie jest taka prosta, ponieważ w obecnym systemie konstytucyjnym, w którym tkwi – całkowicie niepotrzebnie – Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, mityczne odpolitycznienie mediów nie jest po prostu możliwe. Możliwe jest jedynie manewrowanie pomiędzy różnymi wariantami dokonywania politycznych nominacji. A to dlatego, że sama KRRiT jest ciałem ściśle politycznym, a więc gdyby pozostawić jej kompetencję dokonywania wyborów, byłyby one – jak dotąd – polityczne. Zarazem bez zmiany konstytucji, poprzez zwykłą ustawę, nie jest możliwe zbudowanie takiego sposobu obejścia Krajowej Rady, aby w jakiś sposób uniezależnić media publiczne od polityki. Zresztą nawet po zmianie ustawy zasadniczej wymagałoby to zapewne wielostopniowego systemu kolejnych organów, oddzielających ostateczny wybór od politycznych nacisków. Rzecz zapewne do zrobienia, ale bardzo skomplikowana i trudna.

 

Cały felieton Łukasza Warzechy do przeczytania na portalu wPolityce.pl.



 

Zaloguj się, by uzyskać dostęp do unikatowych treści oraz cotygodniowego newslettera z informacjami na temat najnowszego wydania

Zarejestruj się | Zapomniałem hasła