Wnioski ze "śniadaniowni" - do kogo redaktorzy „Wyborczej” adresują swoje pismo?

opublikowano: 26 marca 2014

Piotr Skwieciński o wirtualnym czytelniku „Stołecznej”.

„Gazeta Stołeczna” – warszawski dodatek do „Wyborczej” - zakończył właśnie konkurs na najlepszy bar śniadaniowy. Przez kilka dni redaktorzy opisywali (czasem był to główny materiał numeru) te placówki, kontaktowali się z ich klientami, tworzyli w pocie czoła rankingi. Wreszcie jest werdykt. Ktoś tam wygrał.

Sam w sobie pomysł ani dobry, ani zły w sensie moralnym. Kompletnie normalna działalność dziennikarska, jednym z celów której jest przecież wiązanie czytelnika z gazetą poprzez opisywanie tematów, miejsc i zjawisk dla niego ważnych oraz wciąganie go do interaktywnych form współpracy z danym medium. Nic w tym nagannego. Ale zarazem ta akcja mówi sporo o tym, kim są (lub: do jakiej warstwy aspirują) dziennikarze „Stołecznej”, i kto jest ich tzw. grupą docelową, czyli do kogo świadomie albo podświadomie adresują redagowaną przez siebie gazetę.

Bo przecież „bary śniadaniowe” to jest z punktu widzenia przeciętnego zjadacza chleba egzotyka. Bo żeby stać się ich klientem, trzeba spełnić dwa warunki. Po pierwsze, serwowane tam śniadania mają, z punktu widzenia przeciętnie albo nawet nieco ponadprzeciętnie zarabiającego, ceny takie jakby te posiłki były przygotowywane ze złota. I zdecydowanej większości warszawiaków na takie stołowanie się po prostu nie stać.

A po drugie – żeby rozkoszować się śniadaniem w modnej „śniadaniowni”, trzeba mieć coś co najmniej równie rzadkiego jak swobodna w wydatkach – czyli wolny czas w tej newralgicznej porze dnia, jakim dla ogromnej większości ludzi jest poranek. Przecież pędzi się do pracy; jednak niezależnie od tego czy ktoś jest szczęśliwym posiadaczem etatu, czy zasuwa na śmieciówie to prawie każdy pracujący musi stawić się w jakimś biurze czy warsztacie o określonej, rannej godzinie. O odprowadzaniu dzieci do szkoły czy przedszkola już nie wspomnę.

Jaki z tego wniosek? Taki, że wirtualnym celem, wirtualnym czytelnikiem „Stołecznej” jest osoba bezdzietna, uprawiająca dobrze opłacany wolny zawód. Wolny zawód, który pozwala jej bez ograniczeń operować zarówno pieniędzmi, jak i własnym czasem.

Nic w tym złego, podobnie jak nic złego nie ma w tak opisanej grupie społecznej. Warto jednak zauważyć, że jest ona jednak, nawet w największej polskiej metropolii, wybitnie mniejszościowa. A „Wyborcza” ma przecież szersze aspiracje; chciałaby wpływać na znacznie szersze warstwy. Z tego punktu widzenia akcja „Stołecznej” jawi się jako kontrskuteczna.

I tym bardziej jest ona znamienna. Bo skoro mimo tego akcja ta jest podejmowana, to dobrze pokazuje, za kogo uważają się dziennikarze „GW”. Do jakiej grupy społecznej aspirują. I kogo w swojej podświadomości uważają za tak naprawdę godnego uwagi.

W dłuższej perspektywie takie myślenie może „Wyborczej” szkodzić. Co mnie, oczywiście, nie zasmuci.



 

Zaloguj się, by uzyskać dostęp do unikatowych treści oraz cotygodniowego newslettera z informacjami na temat najnowszego wydania

Zarejestruj się | Zapomniałem hasła