Zły czas dla Kasandry

opublikowano: 13 grudnia 2015
Zły czas dla Kasandry lupa lupa
fot. PAP/Rafał Guz

Demonstracja „w obronie demokracji” tyleż miała wspólnego z obroną demokracji co idący w niej Ryszard Kalisz z walką z komuną za Peerelu albo podskakujący na murku Roman Giertych z polityczną wiarygodnością.

W kilkunastotysięcznym zapewne tłumie były cztery kategorie ludzi. Pierwsza to ci, którzy bronią własnego interesu lub własny polityczny interes realizują, a więc politycy PO czy Nowoczesnej oraz wszyscy inni, dla których zawalenie się starego układu oznacza całkiem wymierne problemy życiowe: odcięcie od pieniędzy (dotyczy to także części dziennikarzy, w tym reprezentowanej na marszu Giewu), wyrzucenie z zarządów spółek czy z rad nadzorczych, odcięcie od grantów. Ich udział w proteście przeciwko nowej władzy jest zrozumiały i logiczny, a uznawanie go za coś więcej niż zwykłą polityczną taktykę jest skrajną naiwnością.

Druga to ci, którzy ze względu na różnego rodzaju sentymenty, często związane z życiorysem, nie cierpią PiS, nierzadko obsesyjnie, a czasem uważają je za zagrożenie, być może także dla jakichś swoich wpływów. A więc byli funkcjonariusze służb, resortowi emeryci i podobne typy.

Wreszcie trzecia grupa to, umownie mówiąc, lemingi, a zatem ludzie, którzy swoją analizę rzeczywistości politycznej kończą na gotowcach, dostarczanych przez Giewu. Kaczyński „dąży do dyktatury”, w Polsce „trwa zamach na demokrację” i tym podobne banialuki. Najlepszym reprezentantem tego typu jest sam Mateusz Kijowski, założyciel KOD. Klasyczny pożyteczny idiota, którego leminże strachy i psychozy sprytnie wykorzystali daleko od niego sprytniejsi.

Mogła jednak być w tym zapewne kilkunastotysięcznym proteście również jakaś grupa ludzi autentycznie rozczarowanych początkiem sprawowania władzy przez PiS. Twardzi zwolennicy nowej władzy tę możliwość oczywiście lekceważą – to typowy objaw tryumfalizmu. I to właśnie może być groźne. Po sobotniej demonstracji wartosobie jednak postawić pytanie, jak liczna by ona była, gdyby nie seria błędów, składających się na bardzo mieszany obraz pierwszych tygodni nowego rządu i pierwszych miesięcy nowego prezydenta. Na pewno stawiłaby się w komplecie grupa pierwsza. Zapewne także grupa druga. Co do grupy trzeciej – można założyć, że byłaby mniej liczna. Grupa czwarta byłaby zapewne nieobecna.

Mobilizację swoich przeciwników z pewnością wspomógł Jarosław Kaczyński, mówiąc dzień wcześniej w Republice o „najgorszym sorcie Polaków”. Można było mieć poczucie déjà vu – ta wypowiedź przypomina słowa, wypowiedziane przez lidera PiS w roku 2006 w Stoczni Gdańskiej. Tak wówczas jak i teraz była to fraza robiąca wątpliwą karierę po wyrwaniu jej z kontekstu. Tak wtedy jak i dziś nieprzychylne media używały jej w łatwy do przewidzenia sposób. Tak wtedy jak i dziś zwolennicy Kaczyńskiego twardo twierdzili, że problemu nie ma, bo przecież prezes nie miał na myśli nic złego, w poza tym „powiedział prawdę”. Tak wtedy jak i dziś Jarosław Kaczyński powinien był doskonale przewidzieć, jaki skutek wywołają takie sformułowanie i jak zostaną użyte. Chyba że – jak twierdzą niektórzy – tym razem celowo dąży do wzmocnienia nastroju konfrontacji, aby spuścić z przeciwników parę na samym początku.

Może to być w krótkim okresie racjonalne: z jednej strony podtrzymuje mobilizację twardego elektoratu i przyzwolenie na bardzo radykalne działania; z drugiej sprawia, że spontaniczni przeciwnicy rządu (grupy trzecia i czwarta), których immanentną cechą jest niechęć do aktywnego uczestniczenia w życiu publicznym, zużyją swoją energię na początku, a potem dodatkowo spacyfikują ich dobre efekty osiągane przez nową władzę. Dziś zakładałbym, że demonstracja podobna do wczorajszej nie powtórzy się szybko lub wcale – nie dlatego, że w życie wejdą jakieś represje czy prześladowania, o których bredzą przerażone lemingi, ale dlatego po prostu, że zabraknie determinacji, zapału i konsekwencji.

Jeżeli jednak faktycznie Kaczyński celowo pobudza konfrontację, to jest to bardzo ryzykowna taktyka. Po pierwsze – budowanie państwa na animozjach nie sprzyja tworzeniu trwałych instytucjonalnych mechanizmów. Po drugie – społeczne emocje raz wyzwolone niezwykle trudno kontrolować.

O jakich błędach nowej władzy mowa? To głównie fatalna komunikacja, ostro kontrastująca z okresem obu kampanii wyborczych, na którą narzekają nawet zwolennicy rządu. Ale nie tylko. Także chwiejność w kwestii niektórych obietnic i sygnalizowanych w kampaniach priorytetów. Bardzo ramowo wygląda to następująco.

PiS szło do władzy twierdząc, że ma szuflady pełne gotowych ustaw. Priorytetem miało być wspieranie przedsiębiorców, mocne rozwiązania prorodzinne oraz – tak można było wnioskować z zapowiedzi padających choćby na kongresie w Katowicach – próba podbudowania klasy średniej. Z konkretów mamy jednak na razie tylko wojnę o Trybunał Konstytucyjny. Nie wiadomo wciąż, na jakich dokładnie zasadach będzie rozdzielane 500 złotych na dziecko.

Wszystko wskazuje na to, że frankowi kredytobiorcy dostaną od prezydenta jedynie mało znaczący ochłap, a nie daleko idące rozwiązanie, które im obiecywano i na które czekali.

Nie wiadomo, kiedy miałaby wzrosnąć kwota wolna od podatku, a minister Morawiecki wspomina o wyłączeniu z tego rozwiązania „bogatych”, jako przykład „bogactwa” podając kwotę kwalifikującą najwyżej do klasy średniej.

Nie ma żadnych konkretów w sprawie ustawy medialnej, która za moment ma trafić do Sejmu, z którą warto by jednak – choćby dla pozoru – wcześniej przedstawić i skonsultować ze środowiskiem dziennikarskim.

Ułaskawienie Mariusza Kamińskiego przez prezydenta odbyło się po cichu, początkowo bez wystarczającego uzasadnienia, wymuszonego dopiero atakiem mediów. Projektowana ustawa o służbie cywilnej nie tylko jej nie naprawia, ale całkowicie upolitycznia. Twarzą walki o TK zostaje poseł Piotrowicz, który bez żenady we wszystkich wywiadach kreuje się na Konrada Wallenroda w PZPRi peerelowskiej prokuraturze.

Prezesem PKP zostaje Bogusław Kowalski, związany w III RP z kręgami patrzącymi przychylnie na Moskwę, a do tego, jak wiele wskazuje, były TW. Przy wszystkich tych sprawach brakuje często jakichkolwiek wyjaśnień, tłumaczeń, uzasadnień. Gdy takich nie przedstawiała poprzednia władza, było to całkiem zasadnie odczytywane jako jej arogancja. I trudno to inaczej odczytywać obecnie. Chyba że to nieudolność.

Uzasadnienia nie są oczywiście potrzebne najwierniejszym. Oni po prostu ufają. Politycy PiS powinni jednak postawić sobie pytanie, jak wielu ich jest wśród elektoratu dziś deklarującego poparcie dla partii Jarosława Kaczyńskiego i czy opłaca się okazywać tak otwarte lekceważenie wszystkim pozostałym – tym, którzy głosowali na PiS, oczekując systematycznej i spokojnej naprawy państwa.

Tak, wiem – atmosfera nie sprzyja stawianiu takich pytań. Obie strony najlepiej czują się w kręgu skrajnych emocji. W sobotę swoich wyprowadziła na ulice opozycja, dziś wyprowadzi partia władzy. Demonstracje nie są dobrym miejscem, aby pytać o polityczną strategię. Można odnieść wrażenie, że szczególnie nie chce być o to pytany Jarosław Kaczyński, a jest zapewne jedyną osobą, która mogłaby na takie pytania odpowiedzieć.

W ostatnim numerze internetowego miesięcznika „Nowa Konfederacja” ukazała się bardzo ciekawa analiza startu rządów PiS autorstwa jednego z najprzenikliwszych znawców polskiej polityki, dr. Rafała Matyi – swego czasu zresztą autora hasłaIV RP jako całkiem nowego otwarcia. W tekście wartym lektury w całości kluczowe są dwa fragmenty:

Myślenie kategoriami państwa jako całości (a nie państwa jako narzędzia czy przestrzeni podlegającej kolonizacji) wyparowało z mediów o wyrazistej orientacji prawicowej i przestało być punktem odniesienia dla wielu grup intelektualnych wspierających rządzącą dziś formację. Porzucili go wszyscy ci, którym dziś wystarczy przejęcie władzy i symboliczne akty upokorzenia przeciwników. Ci, którym sprawia satysfakcję skuteczność PiS w „przejęciu” Trybunału Konstytucyjnego i którzy czekają na „odbicie” publicznych mediów. […] Plemienna lojalność sięga daleko poza partie polityczne. Ogranicza pola wyłączone z bieżącego konfliktu do bardzo skromnego marginesu. W warunkach takiego pęknięcia i twardej nieufności można dokonywać zmian personalnych i organizacyjnych. Można – dopóki pozwala na to większość w Sejmie – wprowadzać zmiany legislacyjne i błyskawicznie uzyskiwać podpis Prezydenta. Ale rządzenie nie sprowadza się do tych dwóch procesów. Tak jak państwo nie jest po prostu terenem, który się podbija, umieszczając wszędzie swoich ludzi i opowiadając historyjki o tym, że do reformowania konieczne jest posiadanie pełnej kontroli. Taka polityka jest wyciąganiem dywanu spod nóg wszelkich planów naprawy instytucji. Element siły w takiej reformie jest czasami potrzebny, ale nigdy nie jest wystarczający. Znacząca część takich zmian wymaga raczej misternego i długofalowego budowania zaufania między różnymi aktorami sceny publicznej. To dla rządów PiS może się okazać barierą nie do przekroczenia. Jeżeli tak będzie – czekają nas kolejne stracone lata. Dumna ze swojego zwycięstwa prawica nie będzie w stanie przekuć go w taką zmianę reguł, która pozwoli nam rywalizować z silniejszymi dziś podmiotami i skutecznie reagować na pojawiające się przed państwem i instytucjami publicznymi problemy.

Smutne jest, jak łatwo niektórzy kibice obecnej władzy gotowi są kwitować te przestrogi jednego z najwybitniejszych konserwatywnych analityków stwierdzeniami typu „kolejny podlizuje się salonowi” i jak chętnie określają je jako oderwane od rzeczywistości pięknoduchostwo. Tymczasem mowa jest o sprawie zasadniczej: docelowym kształcie państwa, jaki ma się wyłonić z nowych rządów, po których tyle sobie obiecywaliśmy.

Inni twierdzą, że zbyt wcześnie, aby nową władzę oceniać. Matyja zasadnie ekstrapoluje jednak kierunek, który wydaje się być już dość jednoznacznie wyznaczony przez pierwsze tygodnie nowej władzy u steru. Nie chodzi przecież o to, czy PiS spełni konkretne obietnice, ale o metapolityczną esencję rządzenia, o jego treść.

Być może czeka nas jeszcze zaskoczenie. Trudno w to jednak wierzyć. Matyja słusznie przypomina ważne wystąpienie Jarosława Kaczyńskiego z 2007 roku:

W głośnym onegdaj „przemówieniu radomskim” z czerwca 2007 roku [Jarosław Kaczyński] powiedział bardzo jasno o naiwności tych, którzy wierzą w skuteczność instytucjonalnych reform. I o pragmatyzmie wierzących w znaczenie „czynnika ludzkiego”, który nakazuje przywiązywanie większej wagi do zmian kadrowych. Nieufność ta odnosi się też do realnych struktur państwa, a także do perspektywy uwikłania „swoich ludzi” w reprezentowane przez nie interesy. Dlatego Jarosław Kaczyński próbuje zbudować wysoki mur nieufności między rdzeniem partyjno-politycznym nowej władzy a otoczeniem.

W wariancie pesymistycznym może nas zatem czekać przy kolejnym politycznym zwrocie proste odwrócenie wektorów i przesunięcie wahadła w drugą stronę, ale znów o jakiś odcinek dalej. To bardzo zła perspektywa, przed którą dziś ostrzegają tylko Kasandry. Warto więc przypomnieć, że najpiękniejsza z córek Priama przestrzegała przed Achajami, jednak za sprawą klątwy odrzuconego przez nią Apolla nikt jej nie słuchał. Jak na tym wyszedł Ilion – wszyscy wiemy.

 

Łukasz Warzecha



 

Zaloguj się, by uzyskać dostęp do unikatowych treści oraz cotygodniowego newslettera z informacjami na temat najnowszego wydania

Zarejestruj się | Zapomniałem hasła